W ten sposób osiągnęlibyśmy synergię, bo obydwie jednostki zajmują się tym samym problemem, ale z innych perspektyw – wynika ze słów ministra administracji i cyfryzacji Rafała Trzaskowskiego wypowiedzianych na forum sejmowej komisji innowacyjności.

Minister przedstawił plan w zaledwie kilku zdaniach, jak jednak wynika z naszych informacji, szanse na jego rychłą realizację są wysokie. Chcą tego wszyscy najwyżsi rangą politycy w rządzie, z premierem włącznie. – CAI powołano by na mocy ustawy, w najgorszym razie rozporządzenia, kadencja jej szefa wynosiłaby sześć lat – mówi nam polityk, który brał udział w rozmowach o utworzeniu agencji. Kadencyjność stanowiska dawałaby Platformie Obywatelskiej szansę na zachowanie wpływów nad informatyzacją, nawet gdyby przegrała przyszłoroczne wybory, co wróżą jej obecne sondaże. Jednocześnie jej szef kontrolowałby ogromny budżet.

Istnieje też czysto merytoryczne uzasadnienie powołania jednolitej struktury. CAI przejęłaby zadania osławionego przez aferę korupcyjną Centrum Projektów Informatycznych, czyli realizowałaby wszelkie zamówienia administracji na projekty informatyczne: od pisania specyfikacji przez przetargi po utrzymanie systemów. Centralny Ośrodek Informatyki (COI) podlegający obecnie Bartłomiejowi Sienkiewiczowi, miałby się skupić na tworzeniu systemów informatycznych (niedawno zdobył pierwsze zamówienia – od nadzorującego go MSW, co budzi prawne wątpliwości).

– Najpierw będziemy musieli jednak przekonać Komisję Europejską, że to dobre rozwiązanie. Bruksela może to uznać za ograniczanie konkurencji na wolnym rynku – przyznaje minister Trzaskowski.

Umowy o łącznej wartości ponad 120 mln zł nie chciał przygotować dyrektor pionu prawnego w MSW Andrzej Rudlicki. Wówczas poprzednik Sienkiewicza, a obecnie szef kancelarii premiera Jacek Cichocki pozbawił go stanowiska.

– COI nadal cieszy się przywilejami. Resortowy pion audytu zaplanował kontrolę ośrodka, ale po osobistej interwencji ministra lub wiceministra ten punkt zniknął z planu kontroli na 2014 r. – mówi nasz rozmówca. Jego zdaniem to pokazuje zagrożenia, jakie niesie powołanie jednej dużej agencji odpowiadającej za informatyzację. Zdobyłaby ona przewagę nad podmiotami wolnego rynku, starającymi się o zamówienia publicznie. Jednocześnie trudno byłoby weryfikować, jaki jest realny koszt tworzenia przez taki podmiot systemów informatycznych i ich późniejszego utrzymania.