DGP przeanalizował, jak często w ostatnich latach ratownicy medyczni i strażacy musieli interweniować w nieuzasadnionych przypadkach. Wnioski nie są optymistyczne. Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, spośród niemal 3 mln wszystkich wyjazdów zespołów ratownictwa medycznego w 2012 r. niemal 570 tys. było nieuzasadnionych – takich, w których nie było mowy o stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Liczba tego typu wezwań rośnie – jeszcze w 2010 r. było ich nieco ponad 534 tys.

Dla zwykłego człowieka rana palca jest już czymś niewiarygodnym, zwłaszcza jeśli leje się krew. Innym zwykła gorączka już wydaje się stanem zagrożenia życia. Większość wychodzi z założenia, że trzeba wezwać karetkę – mówi Wojciech Werbicki, przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego.

Jego zdaniem tak duża liczba bezsensownych interwencji wynika z niewiedzy. – To efekt braku kompleksowej kampanii społecznej dotyczącej udzielania pierwszej pomocy. Społeczeństwo nie jest dostatecznie wyedukowane, co i jak powinno być zgłaszane – uważa Werbicki.

– Inna sprawa, że część z nas boi się, że próbując kogoś ratować, jeszcze bardziej mu zaszkodzi. I potem będzie ciągana po sądach – dodaje ratownik proszący o anonimowość.

Ministerstwo Zdrowia tłumaczy, że stwierdzenie, iż wyjazd zespołu był nieuzasadniony, możliwe jest dopiero na miejscu zdarzenia.

– Zespoły ratownictwa medycznego udzielają świadczeń opieki zdrowotnej w przypadku stanów nagłego zagrożenia zdrowotnego, zaś uzyskanie pomocy w innych przypadkach możliwe jest w innych podmiotach leczniczych – dodaje Krzysztof Bąk, rzecznik resortu.

Z podobnymi problemami, choć na dużo mniejszą skalę, zmagają się strażacy. Z danych, jakie otrzymaliśmy od Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej, wynika, że w 2013 r. formacja ta interweniowała w 21,6 tys. przypadków fałszywych alarmów (ponad 5 proc. wszystkich zdarzeń). To o 5 tys. więcej niż w 2006 r. Jak wskazuje rzecznik komendanta głównego st. bryg. Paweł Frątczak, w dużej mierze winna jest technologia.

– Są obiekty, które muszą być wyposażone w stałe instalacje sygnalizacji pożaru składające się z systemu czujek. Gdy dostajemy sygnał z takiego urządzenia, zawsze musimy sprawdzić sytuację. Takie rzeczy zdarzają się na całym świecie, na szczęście liczba przypadków powstałych w złej wierze jest nieznacząca – zapewnia Frątczak.

Rzeczywiście Polska nie należy do wyjątków, jeżeli chodzi o fałszywe alarmy pożarowe. Co więcej, nie wygląda to tak źle, gdy porównamy się z innymi. Jak wynika z raportu Narodowego Związku Ochrony Przeciwpożarowej, w 2012 r. w Stanach Zjednoczonych odnotowano niemal 2,24 mln takich przypadków. Prawie 47 proc. z nich stanowiły nieświadome połączenia z centralą (np. gdy telefon znajduje się w kieszeni i przypadkowo wybiera numer alarmowy), a 32 proc. to efekt błędów systemów przeciwpożarowych.

Każdy nieuzasadniony wyjazd strażaków czy ratowników medycznych to nie tylko narażanie na niebezpieczeństwo tych, którzy tej pomocy naprawdę potrzebują. To także gigantyczne koszty. Szacuje się, że gospodarka brytyjska rocznie traci miliard funtów na wszystkich fałszywych alarmach. Dlatego w zeszłym roku tamtejsi strażacy wyszli z propozycją karania zarządców budynków, którzy spowodują więcej niż 10 takich alarmów w ciągu roku (po 290 funtów za każdy wóz strażacki, który pojawi się na miejscu). Polscy strażacy w rozmowach z nami szacują, że średnio jeden wyjazd (wóz, 4–6-osobowa ekipa, niedaleka odległość) kosztuje ich ok. 500 zł. Medycy podobnie – na ok. 400 zł. To oznacza, że np. w 2012 r. na zbędne interwencje wydaliśmy ok. 240 mln zł. Podobnie było w zeszłych latach. Kwota ta okazuje się nawet kilkukrotnie wyższa, gdyby uwzględnić nieuzasadnione interwencje policjantów. Ale jak poinformowała nas komisarz Iwona Kuc z zespołu prasowego komendy głównej, policja takich statystyk nie prowadzi.