Tragedia rozegrała się na początku maja zeszłego roku w Jastrzębiu-Zdroju. W pożarze domu zginęła matka i jej czworo dzieci. Nie mieli szans na ucieczkę, pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie.

Pierwsze przypuszczenia ekspertów mówiły o zwarciu instalacji elektrycznej. Na miejscu znaleziono bowiem martwego szczura, który miał przegryźć kable. Okazało się jednak, że zwierzę zostało uśmiercone przed pożarem.

Potem wyszło też na jaw, że płomienie miały kilka źródeł, pojawiły się w tym samym czasie w kilku miejscach na raz - na firance, szafie z ubraniami i w worku z butelkami po napojach.

Dodatkowe podejrzenia wzbudził fakt, że ktoś ponacinał paski rolet, tak że nie można ich było podnieść. Drzwi były zaś zamknięte na klucz.

Policjanci i prokurator, którzy przejęli śledztwo wzięli pod lupę Dariusza P., ojca rodziny, który twierdził że w czasie pożaru był w swoim zakładzie stolarskim. Dane z jego telefonu komórkowego wskazywały jednak coś zupełnie innego.

Śledczy zaczęli go sprawdzać. Okazało się, że mężczyzna miał gigantyczny dług - 3 mln złotych i komornika na karku. Spotykał się też z inną kobietą. Przed pożarem wykupił zaś żonie ubezpieczenie na życie. Ubezpieczył też dom.

Na dowód swojej niewinności policji pokazał SMS-y od rzekomego podpalacza, w których najpierw były groźby, a potem propozycja odszkodowania. Sęk w tym, że  - jak przeanalizował je biegły lingwista i porównał z przemówieniem, jakie Dariusz P. napisał na pogrzebie żony - SMS-y i list napisała ta sama osoba.

Policja przeszukała jego warsztat i znalazła tam telefon, z którego wysyłane były SMS-y od rzekomego podpalacza. Dariusza P. aresztowano. W czasie przesłuchania tłumaczył, że ma problemy psychiczne. Nie przyznał się do zabójstwa.