Nagrania są zmanipulowane. Dokładnie przeanalizowaliśmy sytuację i nie mamy nic do zarzucenia dyspozytorowi - mówi w tvn24.pl Bogusław Tyka, szef pogotowia w Łodzi, komentując wyciek zapisów rozmów dyspozytorów pogotowia podczas akcji ratunkowej po karambolu na S8. Z nagrań wynika, że na miejscu panował chaos, ranni czekali godzinami na pomoc, a dyspozytorzy nie umieli zapanować nad sytuacją. 

>>>Odwołane karetki. Chaos na miejscu katastrofy. WIDEO

Tyka uważa, że dyspozytor powinien dostać nagrodę, bo sprawnie zarządzał akcją. Pracownik podejmował bardzo trafne i racjonalne decyzje. Błyskawicznie dostosowywał pracę karetek do zmieniającej się sytuacji - stwierdza. Nie było sztuką wezwać wszystkich karetek z regionu do karambolu. Nie mogliśmy odsłonić województwa. Dyspozytor o tym wiedział i za to należą mu się gratulacje - dodaje.

Szef łódzkiego pogotowia odrzuca też oskarżenie prywatnej firmy ratowniczej, że dopiero, gdy pojawiła się ich karetka, ranni zostali posegregowani. - To kolejna bzdura. Zanim pojawili się pracownicy Falck, ranni byli segregowani przez lekarza ze Skierniewic. Kiedy sytuacja była już opanowana, pojechał w karetce z rannym dzieckiem do szpitala - oburza się Tyka. Zapewnia też, ze dokładne zapisy rozmów trafią do prokuratury, która oceni sytuację. Nie może być tak, że ktoś chce na tragedii zbić interes. Nie mamy sobie nic do zarzucenia, dlatego poprosimy śledczych o dokładne przebadanie sprawy -  podsumowuje.

Sprawą zajmą się jednak nie tylko śledczy - postępowanie łódzkiego pogotowia oceni zarówno specjalna komisja resortu zdrowia, jak też urząd marszałkowski w Łodzi.