TOMASZ ŻÓŁCIAK: Kiedy odetchniemy i będziemy mogli powiedzieć: tym razem wygraliśmy z powodzią?

RAFAŁ TRZASKOWSKI: Zupełnie odetchnąć będziemy mogli za tydzień. Dzisiaj sytuacja w Sandomierzu powinna już być spokojniejsza, podobnie w woj. podkarpackim i lubelskim. Dalej fala przesuwa się w stronę Włocławka, gdzie w 2010 r. były spore problemy. Z kolei na Żuławach może się pojawić problem tzw. cofki. Dlatego służby już od przeszło tygodnia przygotowują się na jej przyjęcie.

Co się zmieniło od czasu powodzi z 2010 r.? Czy teraz byliśmy lepiej przygotowani, czy po prostu mieliśmy więcej szczęścia niż cztery lata temu?

Od czasu powodzi z 2010 r. udało się wyremontować 863 km wałów przeciwpowodziowych, zmieniła się również ich struktura, jeśli chodzi o stosowane technologie. Do wnętrza wałów wpuszczane są tzw. larseny, czyli żelazne słupy, lub wstrzykiwany jest beton. Do tego dochodzą siatki, których nie mogą przegryźć bobry. Kolejna rzecz to zbiorniki retencyjne – te są obecnie remontowane, dochodzą też kolejne inwestycje, m.in. zbiornik Racibórz budowany za 1,5 mld zł, a także warty 2,2 mld zł zbiornik Świnna Poręba, który co prawda jeszcze nie jest gotowy, ale już teraz był w stanie piętrzyć wodę. Trzeci element to koordynacja wszystkich służb, znacznie usprawniona dzięki roli Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Z IMGW wychodzi dokładny model matematyczny, który mówi nam, co się będzie działo. Jest on tak skalibrowany, że właściwie się nie myli. Wykorzystywane są przy tym mapy zagrożenia powodziowego z uruchomionego niedawno Internetowego Systemu Ochrony Kraju. Te informacje skoordynowano z pracą sztabów kryzysowych, przygotowaniem zbiorników retencyjnych i pracą służb. To pozwoliło obniżyć poziom fali kulminacyjnej o kilkadziesiąt centymetrów. Wszystkie newralgiczne miejsca mieliśmy z góry określone i zawsze kilka dni wcześniej wysyłaliśmy tam ludzi. Tak było w województwach, przez które fala już się przetoczyła, a już teraz podobne działania prowadzone są np. we Włocławku, do którego fala dopiero ma dojść. Te wszystkie udoskonalenia znacznie poprawiły poziom naszego przygotowania.

Teraz przychodzi czas na porządki. Czy pomoc finansowa zaczęła już płynąć do poszkodowanych regionów?

Ten proces trwa. Z jednej strony chodzi o pomoc finansową dla mieszkańców, a z drugiej – dla samorządów. Wypłaciliśmy już zasiłki celowe dla rodzin z woj. podkarpackiego w wysokości 50 tys. zł. Zaraz zostaną wypłacone pieniądze w woj. świętokrzyskim. Straty na poziomie samorządów ciągle są szacowane. Naturalne jest, że gminy zgłaszają znacznie większe zapotrzebowanie, niż wynika to z późniejszej weryfikacji. Dlatego wojewodowie będą to sprawdzać. Po wielkiej powodzi z 2010 r. wypłacono gminom 136 mln zł. A na akcję przeciwpowodziową w ubiegłym roku na terenie Śląska i Dolnego Śląska uruchomiono blisko 4 mln zł. Myślę, że w tym roku, gdy skala problemów jest porównywalna do 2013 r., będą to sumy sięgające kilku milionów złotych. Mamy przygotowaną odpowiednią sumę w budżecie. Ustawa reguluje, na jakich zasadach wypłacać zasiłki dla mieszkańców. Gmina musi mieć odłożone 0,5 proc. swojego budżetu na działania przeciwpowodziowe, a żeby otrzymać pomoc z rezerwy celowej, za którą ja odpowiadam, szkody muszą przekroczyć 5 proc. dochodów własnych gminy.

Jak pan ocenia przygotowanie samorządów? Czy jest dużo niedociągnięć?

W momencie kryzysowym samorządy zdały egzamin. Była pełna koordynacja z wojewodami i służbami, wójtowie i burmistrzowie nieraz de facto współkierowali akcją, bo znają teren. Pojawiły się jednak problemy natury strategicznej. Wciąż istnieje problem, na który wskazuje Najwyższa Izba Kontroli: ludzie dalej mieszkają na terenach zalewowych, prowadzą uprawy nawet na przedwalach, a samorządy na to pozwalają. Zdarzały się zaniedbane śluzy, do których samorządy nie chciały się nawet do końca przyznać, mimo że było wiadomo, iż ta infrastruktura należy do nich. Wiadomo też, że gminy mają problemy finansowe i nie zawsze odkładają tyle pieniędzy, ile powinny, na zapobieganie powodziom. Nie wszystkie gminy traktują utrzymanie wałów jako priorytet. Inna sprawa, że wciąż występują problemy z obszarami Natura 2000, gdzie unijne przepisy bardzo ograniczają możliwości interwencji w przyrodę. A naszym zdaniem ta interwencja w miejscach newralgicznych jest konieczna. W trwających obecnie negocjacjach naszym priorytetem jest przekonanie Komisji Europejskiej, że w niektórych sytuacjach ochrona ludności musi być priorytetem przed ochroną środowiska.