Kraje postkomunistyczne nie tylko dogoniły, lecz także częściowo przegoniły Zachód pod względem zmian obyczajowych. Dowodem jest szybko rosnący odsetek nieślubnych dzieci. Polska pozostaje bastionem konserwatyzmu, ale i u nas już 23,4 proc. dzieci przychodzi na świat poza małżeństwami. Ciekawym zjawiskiem są silne różnice regionalne, a także dość tradycjonalistyczna na tle innych miast Warszawa.

W Polsce zmiany obyczajowe przyspieszyły dopiero po 1990 r., podczas gdy na Zachodzie rozpoczęły się na przełomie lat 60. i 70. Zdaniem prof. Henryka Domańskiego z PAN, wolniejsze niż gdzie indziej tempo zmian ma u nas również podłoże ekonomiczne. – W starych krajach UE samotnej matce łatwiej się utrzymać niż u nas ze względu na wysokość dochodów i świadczeń, jakie może otrzymać od państwa w związku z wychowaniem dzieci – twierdzi nasz rozmówca.

Ponadto jego zdaniem Polacy wciąż wyróżniają się dużą religijnością, dla której wzorem jest tradycyjna rodzina. Od sąsiadów odróżnia nas też struktura społeczna. Ponad 10 proc. naszych rodaków to rolnicy, podczas gdy na Zachodzie ten odsetek rzadko przekracza 2 proc. – A rolnicy są przecież bastionem tradycjonalizmu – zauważa prof. Domański. Z danych Eurostatu wynika również, że zmiany w Polsce nie zaszły jeszcze daleko nie tylko w porównaniu z Zachodem, lecz także w stosunku do byłych krajów komunistycznych.

I tak na przykład między 1990 a 2012 r. odsetek nieślubnych dzieci w Bułgarii wzrósł z 12,4 proc. aż do 57,4 proc., w Czechach – z 8,6 proc. do 43,4 proc., a na Słowacji – z 7,6 proc. do 35,4 proc. – Czechy są najbardziej zlaicyzowanym krajem Europy, a w komunistycznej Czechosłowacji faktycznie zlikwidowano warstwę chłopską – uważa prof. Domański. Ale choć zmiany w Polsce są wolniejsze, i tak postępują. Nad Wisłą kobiety samotne lub żyjące w związkach nieformalnych rodziły zaledwie 6 proc. dzieci. Obecnie to średnio 23,4 proc.

Zmiana wynika m.in. ze wzrostu liczby związków partnerskich, związanego w dużym stopniu z migracjami młodych osób do miast. A jest ich bardzo dużo ze względu na boom edukacyjny; na studia wybiera się około 40 proc. osób z poszczególnych roczników. Młodzi ludzie masowo przyjeżdżają też do miast w poszukiwaniu pracy. Coraz więcej z nich po rozpoczęciu związku mieszka razem przed ślubem. Potwierdzają to dane ze spisów powszechnych. Według nich jeszcze w 2002 r. były 183 tys. partnerskich gospodarstw domowych. W 2011 r. liczba takich gospodarstw wzrosła już do 299 tys., zaś liczba osób w nich żyjących zwiększyła się z 568 tys. do 913 tys. Z takich związków rodzi się coraz więcej dzieci.

Równocześnie przybywa osób rozwiedzionych. Część z nich decyduje się na związki partnerskie, ponieważ nie chce ponownie narażać się na przykrości związane z potencjalnym rozwodem. W takich rodzinach pojawiają się kolejne dzieci. Ale są też i tacy, którzy decydują się na nieformalne związki z czystej kalkulacji: samotna matka może się rozliczać z fiskusem razem z dziećmi, ma też preferencje w ich przyjęciu do żłobka czy przedszkola. Wszystko to jest możliwe dzięki zmieniającym się obyczajom. Para żyjąca na kocią łapę czy panna z dzieckiem nikogo już nie dziwi.

Zjawisko to jest jednak mocno zróżnicowane regionalnie. I tak w ubiegłym roku wśród dzieci urodzonych w Zachodniopomorskiem aż 40,4 proc. przyszło na świat ze związków pozamałżeńskich. To odsetek porównywalny do bardziej liberalnych państw Europy. Powód? Ściana zachodnia została po wojnie na nowo zasiedlona, co spowodowało rozerwanie tradycyjnych więzi społecznych i w efekcie zwiększyło akceptację dla nieformalnych związków. Na drugim biegunie znajduje się Małopolska, gdzie poza małżeństwem rodzi się 12,7 proc. dzieci. Spośród państw UE jedynie w prawosławnej Grecji wartość ta jest niższa.