Najwięcej dzieci rodzi się w liberalnej Francji oraz w Szwecji. Takie są konkluzje opracowania „Uwarunkowania zachowań prokreacyjnych” prof. Ireny Kotowskiej z SGH.

Polska jest przypadkiem potwierdzającym tę tezę. Choć rozwodzimy się coraz częściej, to na tle reszty Europy nadal jesteśmy pod tym względem tradycyjni. A wskaźnik dzietności mamy bardzo niski – rodzi się u nas najmniej dzieci w Europie.

Z kolei w Szwecji, gdzie liczba rozwodzących się par – według danych podawanych przez prof. Kotowską – osiąga jeden z najwyższych wskaźników, jest szansa na zachowanie zastępowalności pokoleń. Liberalne podejście również widoczne jest we Francji, Belgii czy Holandii. Tu pary o wiele częściej niż w tradycyjnej Europie decydują się na posiadanie dziecka.

Jak podkreśla prof. Kotowska w analizie, która powstała w ramach Diagnozy Społecznej – nie da się tego traktować literalnie, ale można wysnuć tezę, że tworzenie małżeństwa oraz stabilność rodziny nie muszą gwarantować zastępowalności pokoleń. To zresztą potwierdzają inne dane: dotyczące urodzeń pozamałżeńskich. I znowu im bardziej liberalne podejście, tym lepsza sytuacja demograficzna. Choć w Polsce rośnie liczba dzieci spoza małżeńskiego łoża – jest ich blisko 23,4 proc. – to i tak jest ich niewiele w porównaniu ze starą Europą. We Francji, w Szwecji czy Belgii ten odsetek wynosi ponad 50 proc. W Niemczech podejście jest bardziej konserwatywne: liczba dzieci pozamałżeńskich nie przekracza 30 proc. Efekt: dzietność jest na bardzo niskim poziomie.

O tym, że kultura i mentalność mają większy wpływ na liczbę dzieci niż socjal, świadczą przykłady Niemiec i Francji. W obu krajach polityka prorodzinna jest wyjątkowo silna. Za Odrą rodziny oprócz „becikowego” otrzymują zasiłek na dziecko, i to niezależnie od dochodów, a od podatku mogą odliczać wydatki na dzieci, m.in. na ich edukację. We Francji również są zasiłki na dzieci, wysokie ulgi i wyższe świadczenia emerytalne dla rodzin wielodzietnych. Jak ma się to do dzietności? We Francji przyrost naturalny wynosi ok. 2, ale w Niemczech raptem 1,4.

Rozwody oraz usankcjonowanie nieformalnych związków jako panaceum na sytuację demograficzną Europy brzmią być może mało zachęcająco, ale socjologowie od pewnego czasu zauważają to zjawisko – przyznaje socjolog dr Martyna Kawińska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Jak tłumaczy dr Monika Mynarska z SGH, chodzi o paradoks silnej rodziny. Wbrew potocznemu przekonaniu, że właśnie tradycyjna rodzina może skłonić do rodzenia dzieci, to tego rodzaju relacja w obecnych czasach nie sprzyja prokreacji. Przytacza wyniki jednego z raportów, który powstał w Instytucie Maxa Plancka, w którym przebadano postawy Niemek. Wiele z nich zakładało, że matka powinna zostać z dzieckiem w domu. – To pokazuje, że decyzja o posiadaniu potomka wiąże się również z decyzją o czasowej rezygnacji z pracy – uważa Mynarska. Co ciekawe, z tego samego badania wynikało, że nie jest to już takim problemem w Niemczech Wschodnich, gdzie po urodzeniu matki kontynuowały pracę zawodową. Tam też częściej rodziły niż ich rówieśnice z dawnego RFN. – W społeczeństwach, gdzie dzieci są stawiane na piedestale, rodzinie trudniej się na nie zdecydować – mówi Mynarska. Przykładem może być Francja, gdzie rytm życia rodziny nie toczy się wokół dziecka, a kobiety szybko kontynuują karierę, zostawiają dziecko w żłobku.

W Szwecji z kolei do wychowania włączają się bardzo mocno ojcowie. A to, jak mówi dr Anna Kurowska z Instytutu Polityki Społecznej UW, ma również ogromne znaczenie. Z badań szwedzkich naukowców wynika, że im większy wkład ojców w wychowanie dzieci i bardziej sprawiedliwy podział obowiązków, tym trwalszy i bardziej stabilny jest związek.

Zdaniem Kurowskiej jest jeszcze jedno prozaiczne wytłumaczenie: im więcej rozwodów, tym więcej powtórnych związków. A w nich pary często decydują się na kolejne, wspólne dziecko, nawet jeżeli wcześniej nie planowały większej liczby potomstwa. Bo dziecko staje się elementem spajającym.

CZYTAJ WIĘCEJ: Rośnie liczba "rozwodów kościelnych">>>