Włocławek ma ok. 100 tys. mieszkańców, ale w ostatnich dniach był na ustach całej Polski. Niestety, nie jako atrakcja turystyczna, lecz za sprawą kontrowersyjnej rewitalizacji starego rynku. Za ok. 5 mln zł (z czego ponad 2 mln to unijna dotacja) miasto zastąpiło urokliwą zieleń rozpalonym do czerwoności placem, który już okrzyknięto mianem betonowej pustyni. Władze miasta twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje.

Widać, nie tylko we Włocławku. W internecie mnóstwo ludzi zaczęło opisywać przykłady budzących kontrowersje rewitalizacji rynków, placów czy najbardziej reprezentacyjnych ulic – w Białymstoku, Ciechanowie, Mielcu, Nowym Targu czy Piszu.

W tym ostatnim mieście rynek przeszedł lifting „na lepsze” w 2010 r., za podobną kwotę co ten we Włocławku. Dodatkowo za ok. 1,3 mln zł samorząd wyremontował budynek ratusza. Efekty? Podobne jak we Włocławku – zamiast trawy i dających cień drzew wszędzie beton. Koncepcji broni Agnieszka Kręciewska, inspektor wydziału inwestycji w Piszu.

Wzorowaliśmy się na zdjęciach z czasów międzywojennych, gdy cały plac był zabetonowany. Zieleni nie wyrzuciliśmy całkowicie, z czasem będą tu ładne drzewa, które dadzą cień. Teraz przynajmniej na rynku organizowane są imprezy dla mieszkańców, co wcześniej nie było możliwe – argumentuje Kręciewska.

Jak mówi nam Bartłomiej Kolipiński, prezes Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Urbanistów Polskich, w opinii wielu planistów mamy do czynienia z kryzysem planowania przestrzennego w Polsce.

– Samorządy z reguły starają się podchodzić do rewitalizacji z troską o przestrzeń publiczną. Ale w ramach dobrych rzeczy zdarzają się wypadki przy pracy. Efekt jest taki, że samorząd tworzy scenę, czyli plac, na której potem nie ma aktorów w postaci mieszkańców – stwierdza prezes Kolipiński.

Wskazuje też, że wpadki lub wątpliwe pomysły zdarzają się także większym miastom. – Choćby taka przestrzeń na tyłach domów centrum w Warszawie (Pasaż Wiecha – red.). Wcześniej działo się tam dużo więcej, teraz teren ten wyłożono płytami, a ludzie nie mają powodu ani ochoty, żeby się tam zatrzymać – zaznacza Kolipiński. Wątpliwości warszawiaków budzi też kończąca się modernizacja placu Powstańców Warszawy. Nie wszystkim podobają się gigantyczne donice ustawione pomiędzy ławkami. Miejsce już ochrzczono nieformalną nazwą „Donick”.

To nie jest przypadek, że obecnie rewitalizowane rynki, zwłaszcza w mniejszych miastach, wydają się budowane według jednego, prostego schematu. Na problem zwrócili uwagę przedstawiciele Instytutu Rozwoju Miast w ekspertyzie przygotowanej w 2013 r. na zlecenie obecnego Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju.

Zazwyczaj wszystkie LPR-y (lokalne plany rewitalizacji – red.) w danym regionie były opracowywane w tym samym, stosunkowo krótkim czasie (kilka miesięcy, rok). Powodowało to, że nieliczne firmy specjalizujące się w przygotowywaniu LPR-ów otrzymywały w krótkim czasie wiele zleceń (po kilka, a w skrajnych przypadkach nawet po kilkanaście). Chcąc zrealizować wszystkie zlecenia, a także dążąc do minimalizacji kosztów i maksymalizacji zysków, firmy te stosowały tzw. szablony, czyli przygotowywały wzorcowe matryce LPR-u, a następnie jedynie uzupełniały nazwy i specyficzne uwarunkowania dla danego miasta. W efekcie LPR-y były bardzo słabo »personalizowane«, podobne do siebie i w istocie – bezwartościowe jako dokumenty strategiczne – czytamy w ekspertyzie.

Autorzy dokumentu stawiają też tezę, że tam, gdzie wsparcie firm konsultingowych polegało jedynie na wykonywaniu pewnych elementów opracowania lub też w ogóle nie uczestniczyły one w procesie przygotowania LPR-ów – tam dokumenty były zazwyczaj „znacznie lepsze, dopasowane do lokalnych potrzeb i uwarunkowań, a później – bardziej kompleksowo wdrażane”.

Kolejne lata dla firm walczących o zlecenia na rewitalizację od samorządów będą okresem prawdziwych żniw. Podczas unijnej perspektywy finansowej 2014–2020 w rewitalizację polskich miast zainwestujemy minimum 25 mld zł.