Prozaiczne wpadki mogły zdecydować o znacznie wcześniejszej dekonspiracji tajnego ośrodka, w którym Amerykanie przetrzymywali talibów. Pierwszą z nich była kolizja samochodu Agencji Wywiadu. Gdy na miejscu pojawiła się policja, kierowca pokazał, zamiast prawa jazdy, legitymację CIA - pisze tygodnik "Wprost". Mundurowi nie skojarzyli jednak obecności amerykańskiego oficera z więzieniami CIA.

Tajny ośrodek mogła też zdekonspirować... zazdrosna żona strażnika przy bramie. Brama nie otwiera się samoczynnie. Trzeba było oddelegować wartownika, który ją otwierał i zamykał - tłumaczy tygodnikowi "Wprost" tajny informator. Wyznaczono do tego pewnego chorążego, któremu zmieniono godziny pracy. Jego żona zaczęła podejrzewać, że mężczyzna ją zdradza. Robiła mu karczemne awantury, jednak żołnierz nie zdradził tajemnicy wojskowej, co źle skończyło się dla jego rodziny. Nie pękł. Nie powiedział, co robi. Amerykanie wyjechali, żona odeszła. On sam później rzucił pracę - wyjaśnia rozmówca tygodnika. 

Ostatnią wpadką było zachowanie kontrolerów lotu. Gdy usłyszeli, że 22 września 2003 ma w Szymanach lądować boeing 737, od razu zadzwonili do swoich znajomych, by ci mogli obejrzeć maszynę, której do tej pory nikt w Kiejkutach nie widział.

Kilka miesięcy po ostatniej wpadce więzienia ostatecznie zamknięto.