W związku z agresją na Ukrainę rosyjskie służby, w tym szczególnie wywiad wojskowy, rozzuchwaliły się. Dotyczy to nie tylko Polski, ale też całego naszego regionu. W tej sytuacji musimy dać drugiej stronie mocny znak, że stać nas na coś więcej niż obserwowanie i kontrola - mówi "Gazecie Wyborczej" informator.

Jego zdaniem, to powrót do strategii zimnej wojny, gdy służby zachodnie co jakiś czas publicznie informowały o zatrzymaniach szpiegów, by pokazać ludziom, że trzymają rękę na pulsie. Jednocześnie jednak urzędnik zapewnia, że służby cały czas prowadzą normalną pracę kontrwywiadowczą - podsyłaniu rosyjskim służbom fałszywych materiałów, czy przewerbowywaniu rosyjskich agentów.

Przy okazji udało się sprawdzić, że służby potrafią wspólnie działać - akcję przeprowadziły SKW i ABW. Nic nie robili na własną rękę. Działali jak jedna pięść. Moim zdaniem to efekt strategii sformułowanej wobec kryzysu na Ukrainie. Uznaliśmy, że kluczowe jest bezpieczeństwo wewnętrzne, konsolidacja działań wobec zagrożenia i pełna koordynacja - wyjaśnia informator gazety.

Mężczyzna tłumaczy też, że akcja była zaplanowana już na wrzesień. Trzeba ją jednak było przełożyć ze względu na zmianę rządu. Chodziło o to, by cała sprawa nie była postrzegana jako promocja odchodzącego premiera i ministra spraw wewnętrznych. Mogliśmy sobie pozwolić na zwłokę, bo wszystko było pod kontrolą - mówi.

Urzędnik przedstawia też ciekawe informacje dotyczące zwerbowanych agentów. Jego zdaniem podpułkownik Zbigniew J. szpiegował dla Rosjan nie tylko za pieniądze - był sfrustrowany, że jest odsuwany na coraz dalszy plan i chciał zrobić wszystko, by zaszkodzić państwu. Dlatego też zdecydował się na świadomą współpracę - nie był tylko w stanie dotrzeć do najbardziej interesujących GRU materiałów. Z kolei prawnik Stanisław S. współpracował ze względów ideowych, ale dostawał też pieniądze od Rosjan.

ZOBACZ TAKŻE: Sukces czy słabość państwa? Politycy spierają się o szpiegów>>>