Od 2000 r. mieliśmy 12 rządowych strategii i planów informatyzacji państwa. Każdy kolejny coraz ambitniejszy. Od trzech lat mamy resort odpowiadający za cyfryzację państwa. A w ramach obecnego budżetu UE z dotacji na centralną e-administrację wydaliśmy 3,4 mld zł. Kolejne miliardy zaplanowano w nowym budżecie od 2015 r.

Powinniśmy być więc już drugą Koreą, z 90 proc. internautów w społeczeństwie, którzy mogą swobodnie korzystać z wygodnej i sprawnej e-administracji. Zamiast tego Państwowa Komisja Wyborcza po 60 godzinach od zakończenia wyborów zapowiada, że ich wyniki być może będą znane wczoraj późnym wieczorem, i dziwi się oburzeniu opinii publicznej, bo kiedyś też dwa dni czekało się na wyniki.

– To pokazuje, w jakim oderwaniu od rzeczywistości funkcjonuje część urzędników. Te kilka lat temu to był czas przed smartfonami i mediami społecznościowymi. Dziś ludzie żyją w świecie natychmiastowej informacji i tego samego wymagają od państwa – ocenia Piotr Wołejko, ekspert Pracodawców RP.

Sytuacja jest niezbyt komfortowa, ale nie taka, by określać ją alarmistyczną.
Stanisław Zabłocki, sekretarz PKW, piątek 14 listopada, godz. 13

To jest 132. tekst, który w ostatnich pięciu latach napisałam o e-administracji, publicznych systemach informatycznych, aferze korupcyjnej, jaka przy ich budowie wybuchła. I o tym, ile informatyzacja kosztuje (bardzo dużo), jakie przynosi efekty (raczej mizerne) oraz o kolejnych problemach przy kolejnych przetargach na kolejne systemy. Dlatego nie zaskoczył mnie festiwal wpadek z systemami informatycznymi w Państwowej Komisji Wyborczej. Bardziej byłabym zaskoczona, gdyby udało się bezproblemowo systemy zamówić i wdrożyć.

Bo przepis na kłopoty jest prosty. Wystarczy połączyć urzędników, publiczne pieniądze i jakieś informatyczne wyzwanie, by zaczął się bałagan.

Oczywiście są wyjątki – z roku na rok coraz bardziej popularne e-Deklaracje, czyli system do rozliczania PIT-ów przez internet. Całkiem nieźle funkcjonuje CEIDG, czyli „zero okienka” dla przedsiębiorców. Ogromną pomocą dla sądów i obywateli są elektroniczne księgi wieczyste. Ale większość z e-systemów to mniej lub bardziej sromotne klęski. I to klęski drogie. Kilkanaście dni temu wyliczaliśmy w DGP, ile kosztuje już nawet nie inwestowanie w informatyzację państwa, co utrzymanie tych już teoretycznie działających systemów. Na 16 uważanych przez rząd za najważniejsze od 2012 r. do połowy 2014 r. wydano niemalże 1,5 mld zł.

Dla porównania Facebook na swoje funkcjonowanie, w tym inwestycje w kolejne centra danych, pensje, aktualizacje oprogramowania, i to dla wielu różnych urządzeń, oraz coraz to nowe usługi ponosi wydatki rzędu 850–900 mln dolarów rocznie (2,5 mld zł). Tyle że konta na Facebooku ma już przeszło 1,3 mld ludzi z całego świata. Z polskiej e-administracji w najlepszym wypadku (dane z badania przeprowadzonego przez resort cyfryzacji w 2013 r.) skorzystał jeden na czterech polskich internautów. I to zazwyczaj w postaci wejścia na jakąś stronę internetową urzędu.

W krótkim czasie jest przesyłana bardzo duża liczba małych plików. Być może serwer bazy danych był źle skonfigurowany na inne typy przyjmowania danych i nie wytrzymał tak dużej liczby przesyłań.
Romuald Drapiński, dyrektor ds. informatycznych PKW, poniedziałek 17 listopada, godz. 9 rano

Ciężko porównywać serwis społecznościowy z serwisami obsługującymi zadania administracyjne, ale warto wziąć pod uwagę, że to takich prostych, intuicyjnych i niezawodnych usług chcą ludzie. Także od państwa, szczególnie gdy mają porównanie z tym, co oferują im komercyjne firmy.

A takie porównanie mają choćby z polskim sektorem finansowym, który należy do najlepiej zinformatyzowanych w Europie. Z e-bankowości korzysta już 13 mln Polaków, a mimo to o bankowych systemach informatycznych opinia publiczna słyszy rzadko, bo i słyszeć nie musi – działają.

To nie oznacza, że informatyzacja w firmach zawsze kończy się sukcesem. Równolegle do problemów PKW wysypał się system sprzedaży biletów w PKP Intercity na Pendolino.

– Zdarza się najlepszym. Bankom też systemy czasem zawodzą, ale to jest raz, dwa razy w roku. I wyciągane są konsekwencje – zauważa Wołejko. – A klienci nawet na kilkugodzinne problemy reagują rozdrażnieniem. Wymagają niezawodności od firm i od administracji też – dodaje.

Zamiast niej dostajemy taki system jak ePUAP, na którego stworzenie wydano 160 mln zł, a utrzymanie w ostatnich 3 latach kosztowało 74 mln zł. Efekty, w zestawieniu z kosztami, są mizerne: konta w nim założyło 317 tys. osób i instytucji. – Koszt jednego zlecenia wykonanego w tej platformie jest porównywalny z sytuacją, w której urzędnik zostaje wysłany taksówką z dokumentem do petenta – komentuje Krzysztof Król, doradca w Kancelarii Prezydenta RP.

Jak to możliwe, że udaje się zbudować sprawny system dla banku, choć to nie jest przedsięwzięcie prostsze niż informatyzacja np. rejestru samochodów? Że choć wydatki na oba te zadania nie różnią się mocno, to komercyjnym firmom to wyszło, a państwo wciąż nie zdaje egzaminu?

System się troszeczkę zreformował i działa już satysfakcjonująco.
Andrzej Kisielewicz, zastępca przewodniczącego PKW, poniedziałek 17 listopada, godz. 9

Jakiś rok temu to pytanie zadałam In Su Baek, ekspertowi z koreańskiej Narodowej Agencji ds. Społeczeństwa Informacyjnego. Był to moment po kolejnych zatrzymaniach w sprawie korupcji przy polskiej informatyzacji, więc w poczuciu obciachu podpytywałam, jak w Korei Południowej udało się tak wziąć do tych spraw, że w rankingach ONZ od kilku edycji jest na pierwszym miejscu pod względem rozwoju e-administracji. Odpowiedź nie była dla nas optymistyczna: cały proces zajął Korei blisko pół wieku, pierwsze działania zaczęły się pod koniec lat 60. XX w. – Wtedy pojawiła się agencja, która miała tylko jedno zadanie: wprowadzić do wszystkich ważniejszych urzędów komputery. W sposób skoordynowany, i pod pieczą prezydenta, zaczęto działać w 1993 r.

– Do końca XX w. zinformatyzowano podstawowe usługi administracyjne, od prostych, jak hipoteki, po służbę zdrowia i wymiar sprawiedliwości. Na końcu zabrano się do informatyzacji udziału obywateli w funkcjonowaniu państwa, czyli kontroli stanowienia prawa i wyborów. To był ogromny wysiłek, bo przestawić trzeba było całe myślenie administracji z wypełniania krótkoterminowych zadań na długoterminowe cele. Tak, jak to się dzieje w korporacjach.

Na korporacyjne przykłady powołują się też polscy eksperci. – Informatyzacja to nie zabawa sama dla siebie – wzdycha Krzysztof Szubert, ekspert ds. cyfryzacji z Bussines Center Clubu. – Powtarzamy to jak mantrę, ale do rządzących nie dociera. Gdy jakaś firma, korporacja czy holding decyduje się na taką poważną inwestycję, to zaczyna od postawienia sobie podstawowych pytań: po co taki system, dla kogo, ilu będzie użytkowników i jakie będą z tego korzyści oraz koszty. To tak, jakbyśmy stawiali sklep na osiedlu: jeśli nie chcemy zbankrutować, to robimy rynkowe rozeznanie. Czy to mają być delikatesy, czy tani spożywczak – tłumaczy Szubert i dodaje, że tego prostego schematu nie stosuje administracja. Tworzy kolejne systemy, ale bez analizy, dla kogo i po co.

– Poszczególne przedsięwzięcia informatyczne w sektorze publicznym są wycinkowe albo po prostu załatwiają pojedyncze problemy, gaszą jakieś pożary, tak jak ten system do liczenia głosów wyborczych – przytakuje mu Piotr Wołejko.

Nie rozumiem, skąd się wziął cały ten szum, że wyników jeszcze nie ma. Proszę się nie spodziewać, że wyniki wyborów zostaną podane minutę po zakończeniu głosowania, tak jak są podawane sondaże.
Kazimierz Czaplicki, sekretarz PKW, wtorek 18 listopada, godz. 11

Jednym z podstawowych powodów fikcyjnej informatyzacji jest to, że efektywność działania nie jest ani formalnym, ani rzeczywistym priorytetem dla instytucji publicznych. – Ani praca urzędników, ani funkcjonowanie systemów nie są rozliczane pod tym kątem. Główne kryteria oceny to realizacja budżetu, brak zastrzeżeń formalnych i skończenie zadania w określonym czasie – tłumaczy Wołejko. – A to, że koniec końców to, co sobie wymyślono, nie działa, ludzie nie chcą korzystać, ciągle coś się zawiesza, to już nieważne. Założenia z zamówienia zrealizowano – rozkłada ręce ekspert.

Dopiero gdy opinia publiczna jest – jak obecnie – zaalarmowana jakimś szczególnym przejawem indolencji, zaczyna się rozliczanie z rezultatów. Ale i tu nie jest oczywisty scenariusz znany z firm, czyli odpowiedzialność konkretnych osób.

– Wciąż nie wiemy, kto podpisał odebranie wadliwego systemu od firmy – zauważa Wołejko, a członkowie PKW przyciskani przez dziennikarzy, czy nie poczuwają się do winy i czy nie powinni podać się do dymisji, z rozbrajającą szczerością odpowiadali, że nie, bo przecież system tylko kilka razy się zawiesił.

Dla porównania we wspomnianym PKP Intercity głowy poleciały już w poniedziałek. Paweł Hordyński, członek zarządu ds. finansowych, Piotr Butkiewicz, dyrektor wykonawczy ds. finansowych i wsparcia, oraz Michał Rudek, dyrektor biura informatyki, pracę stracili, choć wpadka z systemem do sprzedaży biletów jest mniejsza niż z tym do liczenia głosów wyborców. I nikogo nie interesowało, jakie mieli trudności z wdrażaniem systemu – nie zadziałał, ośmieszył spółkę, a więc muszą ponieść konsekwencje.

Okazało się, że – co tu dużo mówić – wszelkie kroki z zakresu pieczołowitej dbałości o wyłonienie najlepszego oferenta spaliły na panewce, bo on był jeden jedyny.
Stanisław Zabłocki, członek PKW, wtorek 18 listopada, godz. 11

Administracja najczęściej tłumaczy wszelkie informatyczne wpadki jednym: zamówieniami publicznymi. Fakt, urzędy mają z przetargami kłopoty i rację ma Kazimierz Czaplicki z PKW, że nie oni jedni sobie z nimi nie radzą. To w przetargach ustawiono zamówienia na e-Posterunek w ramach infoafery, w przetargach miesiącami boksowano się na zamówienie pl.ID, czyli elektronicznego dowodu osobistego, z którego sromotnie się wycofano, to przy przetargach niemal doszło do zmowy podczas zamawiana systemów e-Zdrowia.

Jednak to, że system zamówień publicznych jest skomplikowany, wcale nie tłumaczy PKW, bo w ostatnich latach ustawa była już kilka razy zmieniana, tak by jej stosowanie przy trudnych zleceniach, jakimi są także systemy informatyczne, było łatwiejsze i bardziej pragmatyczne. Tak jest choćby z jedną z ostatnich nowelizacji, zgodnie z którą najniższa cena nie tylko nie musi (takiego obowiązku nigdy nie było), ale wręcz nie może być jedynym warunkiem wyboru oferenta.

– A skoro powszechna jest wiedza, że przetargi to pole minowe, to tym bardziej trzeba się do nich przygotowywać – dodaje Szubert.

Na nasze pytania, jak długo i jak dokładnie PKW szykowała unieważniony rok temu przetarg na Platformę Wyborczą 2.0, od którego tak naprawdę zaczęła się cała awantura, nie odpowiedziano. Z tego jednak, jak wyglądała specyfikacja istotnych warunków zamówienia, eksperci wnioskowali, że skompilowano ją w kilka godzin.

Ostatnim, ale wcale nie najmniej ważnym powodem, dla którego e-administracja pozostaje idée fixe, są pieniądze. Nie tak, że jest ich za mało na zbudowanie sprawnych systemów albo że skoro są publiczne, to są wydawane nazbyt szczodrze. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. – Pieniądze są, ale nie zawsze tam, gdzie by się naprawdę przydały. Niestety, administracja publiczna nie jest w stanie konkurować z sektorem prywatnym w tym, co w procesach związanych z nowymi technologiami jest niezwykle ważne, czyli w zatrudnianiu i godnym opłacaniu ekspertów – zauważa Szubert.

Chyba lepszego dowodu niż ostatnie wybory nie ma. Ich zorganizowanie kosztowało 291 mln zł, na administrowanie systemem informatycznym, jego zaktualizowanie i dostosowanie do zmian w prawie wydano 429 tys. zł. Czyli 0,14 proc. całego budżetu wyborczego.