13 czerwca, 2015 rok. Ciepło, cieplej, gorąco, Stawowa w Katowicach. Deptak stolicy Górnego Śląska zdaje się roztapiać w promieniach słońca. Kto mógł, uciekł z rozgrzanych murów nad wodę lub choćby do cienia. Pozostała bida z nędzą. Przykucnęła przy skrzynkach zwiędniętych warzyw, przysiadła na stołeczkach nad starymi gazetami, poci się i przeklina. Kilkaset metrów dalej kukizowcy namawiają do udziału w referendum. Huczą głosy w megafonach, dziewczyny w furażerkach rozdają ulotki. Wśród tego bałaganu mężczyzna w czerwonym polarze. Choć siedzi w tłumie, wydaje się zamieszkiwać odrębną wyspę. Jego wózek inwalidzki to centrum sceny, na której on gra główną rolę. Obok duży, kudłaty wilczur. Po bokach, wyznaczając granice, stoją półeczki z książkami. Z przodu karteczki, figureczki, miseczki, butelki z wodą... Wszystko to przypomina przydrożną, wiejską kapliczkę, tylko drewnianego Chrystusa Frasobliwego nie ma.

Jest Bogusław Rychter, rocznik 1952. W poprzednim życiu potężny, wysoki chłop. Tamto życie skończyło się 28 stycznia 2006 r. Na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich trwała właśnie wystawa gołębi pocztowych. Później podano, że na terenie MPK było 700 osób, z których 65 zginęło, a ponad 170 zostało rannych. – Byłoby więcej ofiar, ale akurat skakał Małysz, więc ludzie polecieli do domów oglądać idola – opowiada Bogusław. Koło godziny 17 zaczął grać jakiś zespół. I nagle jakby dwa strzały. Takie DUP! DUP! – I widzę, jak spoiny stropu pękają, zaczynają się łamać, lecieć nam na głowy – wspomina. Inni też widzą. Jeden wielki krzyk. Panika. Ucieczka. Ludzie miotają się, przepychają. Część wdziera się na scenę, jakby z artystami było bezpieczniej. Inni rzucają się do drzwi. Tratują. – Ja miałem obok siebie takiego prezesa z Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. Podsadziłem go pod okno, zacząłem wypychać. Nie chciał się zmieścić, ale ktoś na zewnątrz pomógł mu przeleźć – relacjonuje. Potem, jak mówi, wyciągnął jeszcze z tego bałaganu kasjerkę z PZHGP. Ich pamięta, ale byli jeszcze inni ludzie. – Tam się wszystko waliło, huk i kurz. Sam oberwałem, taki wielki pręt zbrojeniowy piznął mnie w krympel, ale wtedy nic nie czułem. Adrenalina robi swoje – opowiada.

Jeszcze przez dwa z okładem tygodnie chodził na miejsce katastrofy. Pomagał przerzucać gruz. Wyciągać ciała. – Kiedyś przychodzę, a moje psy zaczęły wariować. Drapać gruzy, aż sobie opuszki łap do krwi pozdzierały. Jacyś strażacy spoza Śląska chcieli nas stamtąd przegonić, ale nasi mnie dobrze znali. Mówią: psów trzeba słuchać. I wszyscy zaczęli odwalać beton w tym miejscu. I znaleźli. Babcię z wnukiem. Ostatnie ofiary śmiertelne tej katastrofy. Ciała były w lodzie, bo tam się woda zbierała i zamarzła. Na kość – kończy opowieść.

W poprzednim, nieżebraczym życiu, Bogusław Rychter był ochroniarzem. Zatrudnionym przez Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych. Za 600 zł miesięcznie. On i jego (wtedy) dwa psy.

Bogusław i ptaki

Katastrofa budowlana w MTK to była wielka tragedia. I wielkie wydarzenie. Medialne, polityczne, z przełożeniem prawnym. Bo właśnie po tym wydarzeniu zaczęły się dyskusje, że warto wprowadzić na grunt polski prawo istniejące w innych krajach, które umożliwiłoby osieroconym rodzinom, lecz także tym, którzy przeżyli, ale stracili zdrowie i możliwość zarobkowania, wspólnie – podczas jednego pozwu – domagać się stosownej rekompensaty, składając roszczenie w trybie zbiorowym. Ustawa zaczęła obowiązywać 19 lipca 2010 r. Towarzyszył jej duży entuzjazm. Prawników, że sprawy będą się toczyć szybciej, sądy odetkają się, a adwokaci zdobędą sławę i pieniądze w głośnych, prowadzonych na wzór amerykański procesach.

Nie będę pisała, jak działa, a raczej jak nie działa ustawa o pozwach zbiorowych. O tym, jak powinna zadziałać, jeśli chodzi o poszkodowanych w MTK, wypowiedział się w styczniu tego roku Sąd Najwyższy, nakazując sądom niższej instancji rozpoznanie pozwu zbiorowego kilkudziesięciu bliskich ofiar tego zdarzenia (wcześniej sądy dwa razy oddalały pozew składany przez sopockiego adwokata Adama Cara). To orzeczenie zapadło dokładnie dziewięć lat po katastrofie i odgrzało nadzieje innych poszkodowanych i mecenasów występujących w ich imieniu. Jednak, jak się okazuje, Bogusława Rychtera nie ma w żadnej grupie osób domagających się zadośćuczynienia. Za chwilę opowiem dlaczego.

Bogusław Rychter nie jest zwyczajnym żebrakiem. Nie siedzi i nie wyciąga ręki po pieniądze. On traktuje dzisiejsze zajęcie jako swojego rodzaju interes, taki mały biznes społeczny. Przychodzi na Stawową o godz. 11, siedzi do wieczora. Nikogo nie zaczepia. Za pomocą karteczek porozmieszczanych w strategicznych punktach swojego stanowiska namawia ludzi, żeby przynosili mu książki. Te niepotrzebne, które zawadzają na półkach w domu. Bogusław wystawia je na swoich regalikach. Jeśli spodoba ci się jakaś pozycja – zabieraj. Możesz zostawić w podziękowaniu parę złotych, ale bez przymusu. Bo nie ma niczego smutniejszego na świecie prócz niechcianych książek. No, oprócz nikomu niepotrzebnych ludzi.

Takich wyrzutków, oprócz niego, jest na Stawowej zatrzęsienie. Żeby tam na Stawowej, centrum Katowic to las rąk i smutnych twarzy. Obok wózka inwalidzkiego Bogusława rozstawiła swój kram przedziwna para: tęga, czerwona na twarzy kobieta i szczupły mężczyzna o napuchniętych oczach. Jak większość towarzystwa stąd są amatorami „ewek”, tanich nalewek owocowych. Bo łatwiej powiedzieć w sklepie „ewka”, kiedy człowiekowi się plącze język, niż zawracać sobie głowę całym słowem. Ale są w porządku. Pomagają rozstawić kramik, przypilnują psa, przeniosą majdan, kiedy on sobie nie radzi. – Nie aprobuję tego, jak żyją – mówi Bogusław. – Ale całkiem akceptuję ich jako ludzi. Mają dobre serca.

Bogusław nie pije alkoholu, co przyznają nawet policjanci i strażnicy miejscy. Nie dlatego nawet, że go nie stać, bo jak ktoś chce pić, to pije, choćby nie miał kasy na co innego. Ale on ma inne priorytety. Musi zarobić na siebie, na swoją niepełnosprawną kobietę (po udarze) i cztery psy. Poza tym musi mieć czystą głowę, żeby móc czytać te książki, zanim pójdą dalej do ludzi. No i jak ktoś jest niepełnosprawny fizycznie, to powinien zostawić sobie przynajmniej sprawny umysł. Żeby patrzeć, chłonąć, obserwować. I móc się cieszyć tym, co mu jeszcze zostało. Choćby miały to być wróble.

Zosia, Adzio, Benio – Bogusław nawołuje cichym głosem. Takim, jakim matki zwracają się do swoich niemowlaków. – Chodźcie jeść! – Słucham, patrzę i wrastam w ziemię. Lecą wróble. Młode, jeszcze niedojrzałe, chuderlawe. I siadają przed miseczką, w której żebrak ze Stawowej rozmoczył dla nich chleb. Śmigają pomiędzy ludzkimi nogami, stroszą pióra, widać, że się trochę boją. Ale fruną i dziobią. Osiemnaście ich jest – mówi z dumą Bogusław. – Oswoiliśmy je, sprawiliśmy, że te ptaki wróciły na Stawową. Bo pewnie pani nie wie, że wróbli jest coraz mniej. Niedługo pewnie będą pod ochroną.

Tak się składa, że wiem. I tym większe wrażenie robi na mnie ta pierzasta menażeria frunąca z nieba pod stopy kaleki. Nie pamiętam wszystkich imion wróbli. Bogusław zna każdy dziób po imieniu.

Skomplikowane losy

Jak się zostaje żebrakiem? O to łatwiej niż o nowe buty, choć nikt, przymierzając trampki w obuwniczym, nie bierze pod uwagę takiej ewentualności. Przeciwnie, każdy z nas się spodziewa, że jeśli pokona tę czy następną przeszkodę na swojej drodze, przeskoczy tę górę stojącą na przeszkodzie do normalnego życia, to potem może być tylko coraz lepiej. Nie zawsze jest.

Bogusław urodził się w Kokoszycach, dziś dzielnicy Wodzisławia Śląskiego, kiedyś wiochy z PGR-em. Miał 14 lat, jak matka popełniła samobójstwo, chodziło o ojczyma, który pił i bił. Trafił do domu dziecka, co miło wspomina. Był spokój, skończył Technikum Górnicze w Rybniku jako elektromonter urządzeń podziemnych, dostał wyprawkę i mieszkanie. Ale zamiast pójść robić na grubie, w kopalni, wybrał seminarium duchowne w Lublinie. Jego praca magisterska pt. „Psychologia i dogmat wiary” nie została przyjęta. Bo za bardzo skoncentrował się na kwestii kazirodztwa w chrześcijaństwie. Ale, jak mówi, może i to by jakoś przeszło, gdyby nie zakochał się w dziewczynie z jehowych. Pobrali się. On kombinując, jak utrzymać rodzinę, wymyślił, że zostanie wojskowym. Poszedł do Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. – Też nie obroniłem pracy – przyznaje. Nie chciało mu się. Dostał stopień chorążego i propozycję do BOR. – Jabłoński, Jaroszewicz, Gierek – wylicza ludzi, których ochraniał. Najbardziej lubił być w obstawie Gierka, bo tego faceta wszyscy lubili i nie trzeba było się nawet za bardzo starać, bo obiekt był bezpieczny w tłumie. Przyznaję, tego fragmentu życiorysu Rychtera nie zweryfikowałam. Polegam na jego słowach, bo wiele razy udowodnił mi, że opowiadając o sobie, nie kłamie. Więc ciągnąc jego opowieść: 14 grudnia 1981 r., po wprowadzeniu stanu wojennego, dostał rozkaz dołączenia do oddziałów ZOMO we Wrocławiu, którego nie wykonał. 17 stycznia 1982 r. posadzili go na 2 lata i 7 miesięcy. Wyszedł w pustkę.

Nie było już domu, nie było żony, bo ta się rozwiodła z kryminalistą. Nie ma do niej pretensji, miała rację, że starała sobie razem ze wspólną córeczką ułożyć życie. Niemniej nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Był taki nieprzystosowany, jakby dopiero się urodził. Bo jakie miał doświadczenie życiowe: bidul, seminarium, szkoła wojskowa. Wszędzie za niego decydowali, wszędzie się nim opiekowali, podstawiali michę przed gębę. – I ja wtedy zwariowałem, pani Mireczko – mówi. – Zwariowałem. Zacząłem kraść.

Bogusław Rychter spuszcza głowę. Milknie. – Co pan kradł? – pytam. – Nigdy bym nie skrzywdził człowieka – prostuje się i łypie okiem. – Wszystko to były instytucje i urzędy państwowe. No, jeszcze dałem się skusić na katowickiego Juniora, taki dom handlowy, który już dziś nie istnieje. Ale za każdym razem wpadałem.

To nie był pan dobrym złodziejem?

Ano nie, ja się do tego chyba nie nadaję – odpowiada, jakby rozbawiony. I prosi, żeby przekazać podziękowania sędziemu z Katowic. Zbigniew Mach mu było. Obiecał temu sędziemu, że już się nie będzie wygłupiał. I postara się być porządnym człowiekiem. – Mam jedno imię, jedną twarz i jeden honor – mówi mi Bogusław Rychter, kiedy rozmawiamy wśród topniejącego asfaltu Stawowej. – Jak coś powiem, tak musi się stać.

Każdy dzień, każdy tydzień życia każdego człowieka jest pełen wydarzeń – tych wielkich, średnich i małych. Rozpisując nawet dobę na zdarzenia, można by napisać książkę, ale my nie mamy tyle czasu ani miejsca. Zwłaszcza że Bogusław jest już człowiekiem w słusznym wieku. Więc w telegraficznym skrócie: w 1988 r. poznaje Ewę, do dziś razem żyją. W 1989 r. zakłada własną firmę: wypożyczalnię taśm wideo. Ma dwa stoiska, interes się kręci aż miło. Ewa jest współwłaścicielką baru Róża w Chorzowie. Dobrze im się powodzi. Ale Bogusław w 1990 r. daje się namówić na włamanie do Juniora. Sędzia Mach daje mu najniższy z możliwych wyrok i odbiera przysięgę o poprawie. W 1993 r. Bogusław wychodzi. Zaczyna pracować jako inkasent miejskich służb parkingowych. Potem rozszerza działalność, zakłada firmę. Przyjmuje się jako cieć do gołębiarzy. Za 500 zł miesięcznie. Ale nie krzywduje sobie, bo dostaje jeszcze pieniądze od właścicieli okolicznych lokali gastronomicznych, których także przy okazji pilnuje. Jest na posterunku przez 16 godzin na dobę, z przerwą na spanie. – Psy były tak wyszkolone, że mogłem nawet pójść do domu się zdrzemnąć, a nikt nie miał prawa się zbliżyć do terenu, który był pod moją pieczą – zauważa z dumą. Dobrze im się z Ewcią żyło, spokojnie. Nie, żeby jakieś luksusy, ale na wszystko było ich stać. Na jedzenie, opłaty, nawet wczasy. Żyli jak ludzie. Właśnie tak. Jak ludzie. Do 2008 r. – 15 cudownych lat. A potem było to DUP! DUP! i wszystko się posypało.

Choć w zasadzie zaczęło się sypać dwa lata wcześniej, kiedy Ewa dostała krwotoku w nocy. Najpierw lekarze mówili, że ma guzy, pakowali w nią sterydy, tak, że do szpitala poszła, ważąc 65 kg, a kiedy ją wypisywali, na wadze było już 134. Potem się okazało, że to nie guzy, a udar. Do dziś nie może się ruszać. A potem i jego dostało. Los? Karma? Zemsta Pana Boga? Nawet mu się za bardzo nie chce wchodzić w te dysputy, nie jest przecież rabinem, tylko Bogusiem, żebrakiem ze Stawowej. Żeby nie zginęli obydwoje, musiał wziąć los w swoje ręce i jakoś sobie radzić.

Państwo jest surowe i zdecydowane

Kiedy postanowił usiąść na skraju deptaka? Jakieś pięć lat temu, kiedy już nie dawali rady. Odcięli prąd, nie było za co kupić leków. Prawdę mówiąc, najpierw nie chciał siedzieć, tylko coś robić. Zbierał złom, choć lekarz powiedział, że za nic w świecie ma się nie męczyć. Przyznali mu grupę inwalidzką i rentę, całe 670 zł. Ale ponad 300 zł zabiera komornik na stare długi, więc z tego, co zostaje, przetrwać się nie da. Zbierał złom, robotnicy, którzy przekopywali centrum Katowic, dawali mu kawałki szyn tramwajowych, jakieś pręty, żeby sprzedał. I były kłopoty, bo państwo zdecydowanie walczy z nieuczciwością w narodzie. Co chwilę miał sprawy w sądzie za kradzież, za zaczepianie przechodniów. Bogusław pokazuje papiery. Pozew wystosowany przez komisariat kolejowy policji: mając środki i możliwości zarobkowania, natarczywie żebrze. I wyrok sądowy: uniewinniony.

W końcu dali spokój. Ostatnio nawet na korzyść się zmieniło: strażnicy miejscy zrobili się mili, zagadają, pomogą rozstawić parasol. Tak samo gliniarze. Czasem nawet go podwiozą. Jakaś pani z urzędu marszałkowskiego, nie zna jej nazwiska, bo nie ośmielił się zapytać, opłaca za niego co miesiąc placowe, coś koło 17 zł, żeby zalegalizować jego tkwienie przy tej ulicy. I gdyby jeszcze miał komuś podziękować, to Kamilowi Durczokowi. Bogusław wie, że dziś prezenter jest na cenzurowanym, ale guzik go to obchodzi. Bo prawda jest taka, że się poznali lata temu, jeszcze za czasów baru Róża. Kamil tam czasem wpadał, a Bogusław miał baczenie na jego harleya. I jak wreszcie los zmusił go do tego, by przy Stawowej siedzieć, kiedyś Durczok się napatoczył, poznał go, podszedł, o życie zapytał. Jak dowiedział się, że Bogusławowi i Ewie prąd odcięli za niepłacenie (i jeszcze karę przyłożyli za nielegalne podłączenie się – 5 tys. zł), to nie tylko potrząsnął kiesą, ale i zainterweniował, na drugi dzień prąd znów płynął. – Pani Mireczko złota, to było mnóstwo kasy, ale może niech pani nie pisze, bo jeszcze to chłopakowi zaszkodzi – frasuje się naraz.

Prywatnie powiem, że nie działa

Bogusław Rychter nie jest głąbem, próbował dochodzić swoich roszczeń na gruncie prawnym. Pozwał PZHGP – nie o odszkodowanie za straty poniesione podczas pełnienia obowiązków służbowych, ale o nadgodziny, bo prawnicy wytłumaczyli mu, że tak będzie łatwiej. No i jeszcze dlatego, że poczuł się dodatkowo kopnięty w krympel, kiedy 7 maja 2008 r. dostał od związku gołębiarzy rozwiązanie umowy o pracę. Z powodu niezdolności do pracy. Sąd Okręgowy w Katowicach przyznał mu rację (sygn. akt IX P 108/10) – że pracował dla gołębiarzy dużo, dużo więcej, niż by to wynikało z umowy. Że był wykorzystywany. Ale choć roszczenie opiewało na kwotę ponad 145 tys. zł, przyznano mu tylko 2 tys. zł z małym okładem. Za jeden miesiąc. Powód: wcześniejsze roszczenia, choć słuszne, przedawniły się. A powód nie wniósł o przywrócenie terminu. – Ja jestem prawniczym idiotą – przyznaje Bogusław. Sąd nie przystał na jego wniosek o przyznaniu mu pomocy prawnej. Nie widział takiej potrzeby. Czy da się jeszcze coś odkręcić? Bogusław mówi, że złożył apelację, ale jest cisza. Wymiar sprawiedliwości ma poważniejsze sprawy niż pretensje starego mężczyzny, którego nie stać nawet na to, żeby wprawić sobie zęby, bo w górnej szczęce tylko dwa kły mu zostały.

Rychterowi wydawało się, że jego historia zostanie uwzględniona przy którymś z pozwów zbiorowych w sprawie katastrofy w MTK. Rozmawiał na ten temat z mecenasem Leszkiem Piotrowskim, ale ten obrońca biedaków i pokrzywdzonych umarł. Jego syn mec. Bartłomiej Piotrowski, który został ustanowiony likwidatorem kancelarii ojca (a więc przejął wszystkie jego sprawy), jest zmartwiony. – W żadnej z odziedziczonych spraw nie występuje nazwisko Rychter. Nie ma też wśród nich żadnego pozwu zbiorowego w kwestii tej katastrofy. Zresztą być nie mogło, gdyż ojciec przez chwilę był obrońcą właściciela MTK, więc doszłoby do kolizji interesów – tłumaczy.

Rychter dzwoni do mnie w nocy ze środy na czwartek: – Myliłem się, byłem głupi. Myślałem, że mnie wpisali na listę poszkodowanych, ale na żadnej mnie nie ma. Sprawdziłem dopiero teraz. Nie wiem, co mam robić.

Pewnie już nic, bo kogo obchodzi taki człowiek. Przezroczysty, niewadzący nikomu. Nie krzyczy, nie burzy się, nie pali opon.

Biorę za telefon i dzwonię. Straż miejska w Katowicach. Mili, współczujący ludzie. Chcieliby jak najlepiej, Bogusława znają. – Wtopił się w krajobraz ulicy – mówi osoba, z którą rozmawiam. Spokojny, życzliwy, dowcipny i serdeczny. Nigdy nie prosił o pomoc. Nie, nie znam jego losów, nie mogę się pochylać nad każdym żebrakiem. To by przeszkadzało mi w wykonywaniu obowiązków służbowych. Straż jest od tego, żeby czuwać nad porządkiem, jak ktoś zasłuży, to karać. Jak ktoś ma inne podejście, powinien się przyjąć do opieki społecznej. Ale ta także nie działa. Tyle że mówię to prywatnie.

Kolejny telefon: na policję. Mój rozmówca jest nieufny, ale empatyczny i serdeczny. Relacjonuje: pan Bogusław jest porządnym człowiekiem. Nie pije. Nie robi problemów. Niczego od państwa nie chce. Jakoś sobie radzi. Więc zawiązaliśmy pakt o nieagresji.

Następny telefon: Urząd marszałkowski, pełnomocnik ds. osób niepełnosprawnych. I znów miła, współczująca osoba. Niczego o Bogusławie Rychterze nie wie, ale się zainteresuje. Pomoże, na ile będzie w stanie.

Słońce nad ulicą Stawową tego dnia było naprawdę bardzo gorące i drapieżne.

Psy mają nowe legimaty

Robimy przerwę w rozmowie. Ludzka rzecz, muszę pójść do toalety. Kieruję się do najbliższego miejsca: Galeria Katowice. Olbrzymie gmaszysko zamykające Stawową, łączące się z dworcem kolejowym. Mijam śniadoskóre kobiety z niemowlakami przy piersi, nawet nie mają siły, żeby porządnie mnie zaczepić. Przysiadają pod parasolkami bufetu, właściciel ich nie goni, bo i tak nie ma klientów. Zdejmują z obrzmiałych stóp buty, leniwie gmerają paluchami. Dzieciaki też jakieś senne. Galeria wita ożywczym powiewem klimy. Puste alejki pomiędzy butikami. Kible w porównaniu z ulicą, którą przed chwilą opuściłam, wyglądają jak salon. Mogłabym tutaj zamieszkać. Obok wejścia do galeriowych toalet, na I piętrze, jest butik. A w nim, na wieszaku, tunika. Niebieska, niczym rozgrzane niebo nad włoską plażą. Albo to, które wisi nas ulicą Stawową. Może kupię, będzie lżejsza niż mój T-shirt, pod którym się pocę. Spociłam się jeszcze bardziej. Ale to chyba z powodu błędnego wydruku na metce. Przecież taka szmatka nie może kosztować niemal 7 tys.

Wracam do domu. Na do widzenia kupuję od pana Bogusława książkę: „Dobre obyczaje” Edwarda Pietkiewicza, wydane przez Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych w Warszawie w 1987 r. Z panem Rychterem jesteśmy na gorących łączach. Pisząc ten artykuł, co rusz dzwonię na jego komórkę i dopytuję: a jak ma na imię ta pana kobieta, dlaczego ma pan cztery psy, kto pana reprezentował przed sądem. Moja komórka także wydaje dźwięki, dzwonią Katowice. Słyszę: Ten człowiek jest w porządku. Nie, nie pije. Tak, przekazaliśmy sprawę do organizacji pozarządowej, która postara się mu pomóc.

Jest środa, 17 czerwca, godzina 22. Bogusław puszcza sygnał, oddzwaniam. – Pani redaktor droga, cuda się dzieją. Przyszli do mnie poważni ludzie, z urzędu marszałkowskiego, z policji i ze straży. I wie pani co, moje psy mają nowe legimaty i karmy mnóstwo mają. Może jeszcze moje życie się odwróci?

Nie, nie napiszę, że zwilgotniały mi oczy ani nic w tym stylu. Biorę książkę, którą kupiłam od Bogusława. Otwieram na chybił trafił. Rozdziera się, w końcu ma trochę lat. Strona 149, rozdział „Państwo – Urząd – Obywatel”. I podtytuł: „Urzędnik – przedłużone ramię władzy państwowej”. Ble, ble, ble. Wiadomo, komuna, pierdoły. Ale zacytuję kawałek na temat urzędników. „Są oni powołani do: z jednej strony załatwiania wszystkich spraw obywateli, zaspokajania ich potrzeb, a z drugiej – utrwalania ustroju państwa. Działalność urzędników zatem ma charakter polityczny”. – Gdyby mi oni wypłacili te nadgodziny, to ja bym już nie musiał na ulicy siedzieć – Bogusław zaklina rzeczywistość.

Pewnie się znów o nią potknie. Bo kiedy z tej gazety zrobi się makulatura (a gazeta żyje tylko jeden dzień), znów stanie się przezroczysty, wtopiony w rytm ulicy, którą lepiej nie chodzić. Na lojalność kolegów gołębiarzy nie ma co liczyć. Mimo moich starań prezes PZHGP się nie odezwał. Sekretarka poinformowała mnie, że pan prezydent (tak go nazywają) nie odbiera telefonów ani e-maili. W siedzibie gołębiarzy pojawia się dwa razy w miesiącu i wówczas zapoznaje się z e-mailami, które napływają. Ona mu je drukuje, żeby było łatwiej.

Mam nadzieję, że nie zabraknie tonera. I jeszcze, że Bogusławowi Rychterowi wystarczy siły, aby trzymać ulicę Stawową w Katowicach w pionie. Jak od lat trzyma siebie. I żeby Zosia, Adzio, Benio tudzież reszta pierzastej ferajny go nie opuścili. Wystarczy, że zrobili to ludzie.

*******

Tuż przed publikacją dostałam e-maila z Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. Oto jego fragment: „Pan Bogusław Rychter był zatrudniony w PZHGP na podstawie umowy o pracę w wymiarze 1/2 etatu w latach 2002 do 2010 r. (...) Miejscem pracy była wyłącznie ówczesna siedziba PZHGP, tj. Chorzów, al. Różana (na terenie obecnego Parku Śląskiego, dawniej WPKiW). Katastrofa budowlana na terenie MTK, jak wiadomo, miała miejsce w styczniu 2006 r., natomiast Pan Rychter nie był ani uczestnikiem targów, ani osobą zatrudnioną w związku z ich przebiegiem. Wyjaśniam, że PZGHP Panu Rychterowi nie zlecało jakiegokolwiek zadania wymagającego uczestnictwa w Targach ani też PZHGP nie ma wiedzy o jakimkolwiek uszczerbku na zdrowiu Pana Rychtera w związku z ww. zdarzeniem. Twierdzenie o utracie zdrowia podczas katastrofy Hali Targowej jest ogromnym zaskoczeniem dla PZHGP, gdyż okoliczności katastrofy, a w szczególności krąg osób poszkodowanych, jest PZHGP znakomicie znany. Istotnie toczyło się postępowanie sądowe zakończone prawomocnie wyrokiem Sądu Apelacyjnego w 2012 r., jednakże dotyczyło ono roszczenia p. Rychtera o zapłatę wynagrodzenia w związku z ochroną mienia pod adresem al. Różana w Chorzowie, co pozostaje bez związku z katastrofą lub stanem zdrowia p. Rychtera. Dodaję również, że od zakończenia postępowania sądowego pan Rychter nie kontaktował się z PZHGP w jakiejkolwiek kwestii, zatem jego trudna osobista sytuacja jest PZHGP nieznana. Z poważaniem