Trzyletnia córka i siedmioletni syn zginęli na miejscu, rodzice trafili do szpitala. Wcześniej matka bezskutecznie ubiegała się u zarządcy infrastruktury, w spółce PKP Polskie Linie Kolejowe, o montaż na przejeździe obok ich domu sygnalizacji świetlnej.

– Kontrola wykazała liczne nieprawidłowości. Nakazaliśmy zarządcy PKP PLK wprowadzenie ograniczeń zapewniających jego bezpieczną eksploatację – stwierdził UTK w odpowiedzi na pytania DGP.

– Przy zachowaniu obowiązujących zasad bezpieczeństwa warunki techniczne na tym przejeździe zapewniały i zapewniają bezpieczny przejazd przez tory – przekonuje Mirosław Siemieniec, rzecznik PLK.

Lista uchybień jest długa. Od modernizacji linii w 2014 r. kursujące tędy składy mogą jeździć z prędkością 100 km/h. Urząd stwierdził, że wtedy kierowca nie widzi pociągu z wymaganej przepisami odległości 20 i 10 metrów od torów.

– Zgodnie z przepisami jeśli przy odległości 20 i 10 metrów nie ma odpowiedniej widoczności, to ustawia się znak „stop” w odległości 5 metrów od torów. Gwarantuje to kierowcy, który się tu zatrzyma, bezpieczny przejazd – twierdzi Mirosław Siemieniec z PKP PLK.

Kontrolerzy UTK stwierdzili, że drzewa i krzewy znajdowały się w odległości mniejszej niż 15 m od osi skrajnego toru. Dopiero później kolejarze usuwali zieleń z poboczy torów i dróg, co było komentowane przez mieszkańców w lokalnych mediach jako zacieranie śladów. PKP twierdzą, że było to uzgodnione z komisją badającą wypadek.

Jak się dowiedzieliśmy, kontrola wykazała, że 3 czerwca oznakowanie przy drodze było niepełne. Tymczasem zarządca torów przekazał informacje o brakach w oznakowaniu do gminy w maju 2012 r. i październiku 2013 r. Potem interwencji już nie było. Znaków też nie.

– Znaki zostały uzupełnione już po wypadku – twierdzi Jakub Kochowicz, wójt gminy Lisewo. – Zostały ustawione 150 metrów przed przejazdem, podczas gdy rodzina, która została w wypadku poszkodowana, mieszka w mniejszej odległości od torów – podkreśla.

Specjaliści stwierdzili, że wbrew prawnym regulacjom droga z obu stron była zbyt stroma, co uniemożliwiało dostrzeżenie pociągu.

Kolejny zarzut – bałagan w dokumentacji. Kontrolerzy wytknęli prowadzenie metryki przejazdu w sposób uniemożliwiający identyfikację danych, w tym liczne skreślenia, poprawki i uzupełnienia. – Nie można ustalić tożsamości osoby dokonującej wpisu, a tym samym czy była ona uprawniona do jego dokonania – twierdzi UTK.

PLK twierdzą w odpowiedzi, że brakuje parafki przy dwóch zapisach na jednej ze stron dokumentu.

Wyniki kontroli zawierają również wniosek, że mimo nieprawidłowości stwierdzonych podczas przeglądów przejazdu nie zostały one przez zarządcę usunięte. Czyli z kontroli wewnętrznych PLK miało wynikać, że przejazd utrzymany jest niewłaściwie i nic z tym nie robiono.

Kontrola wykazała brak badań diagnostycznych przejazdu w 2014 r. Bez tego nie wiadomo zaś, czy prawidłowa jest obecna klasyfikacja torów do najniższej i najmniej bezpiecznej kategorii D (bez rogatek i sygnalizacji – tylko z krzyżem św. Andrzeja). – W 2014 r. linia była wyłączona z użytkowania, gdyż trwały na niej prace rewitalizacyjne – odpowiadają przedstawiciele PLK.

Poszkodowana kobieta rozpoczęła starania o przebudowę przejazdu, kiedy PLK ruszały z modernizacją linii kolejowej łączącej Toruń z Grudziądzem. Pismo w tej sprawie podpisali wszyscy mieszkańcy miejscowości Pniewite. PKP PLK odmawiały instalacji świateł. Jak usłyszeliśmy, taką decyzję podejmuje się, biorąc pod uwagę iloczyn ruchu, czyli liczbę samochodów i pociągów na przejeździe. A ta była wielokrotnie za mała.

– Kobiecie, która bezskutecznie starała się o przebudowę przejazdu, a w wypadku straciła dwoje dzieci, przysługuje oczywiste roszczenie odszkodowawcze wobec zarządcy infrastruktury – twierdzi dr Krzysztof Andrzej Wąsowski z kancelarii Elżanowski, Cherka, Wąsowski. – Zadośćuczynienia od spółki PKP PLK z powodu narażenia na szkodę i stresu psychicznego mogą domagać się też inni mieszkańcy miejscowości Pniewite – ocenia.

W połowie lipca Prokuratura Rejonowa w Chełmnie postawiła kierującej autem matce zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku. Według prawnika ten zarzut, mimo że bulwersujący w odbiorze społecznym, jest standardową procedurą w takich przypadkach i zapewnia kobiecie dostęp do akt sprawy. – W mojej ocenie istnieją bardzo duże szanse na umorzenie tego postępowania – ocenia Krzysztof Andrzej Wąsowski.

Kontrola UTK może stanowić impuls do dalszych postępowań wyjaśniających. – Zarządca infrastruktury bardzo ryzykował, nie podejmując działań w celu poprawy bezpieczeństwa na tym przejeździe. W grę wchodzi odpowiedzialność karna z tytułu doprowadzenia do ryzyka katastrofy w ruchu lądowym – dodaje mec. Wąsowski.

Przyczyny wypadku będą znane po zakończeniu prac specjalnej komisji i prokuratury.