Mira Suchodolska: Namnożyło się w ostatnich latach tych bobrów, co niemiara. Bardzo dają się we znaki rolnikom. Pozalewane pola i łąki, pozatapiane albo wręcz wyjedzone lasy, dziury w ziemi na których można połamać nogi albo zawieszenie. I nie da się ukryć, że w związku z tym ludzie mają wobec tych gryzoni krwiożercze zamiary. Coraz częściej padają hasła, że trzeba ich populację mocno przetrzebić - ponoć jest ich w Polsce już ponad 30, a może nawet 45 tysięcy.

Andrzej Sulej: To bardzo radykalne żądania, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że stosunkowo niedawno udało się uratować ten gatunek przed wymarciem. Ja jestem absolutnym przeciwnikiem zabijania tych zwierząt, są inne, bardziej przyjazne sposoby na współegzystencję.

To pięknie brzmi, tak bardzo ekologicznie, ale zdaje się, że odszkodowania, choć nie pokrywają faktycznych strat, jakie ponoszą rolnicy, i tak za dużo kosztują Skarb Państwa. Bóbr nie jest już pod całkowitą ochroną, są regiony, gdzie zezwala się go zabijać.

Bardzo mnie irytuje takie przeliczanie wszystkiego na pieniądze. Ale jeśli tak, to proszę bardzo: w przeliczeniu na głowę jednego mieszkańca odszkodowania wypłacane za bobrowe straty wynoszą 35 groszy rocznie. Naprawdę nas na to nie stać, za to znajdziemy pieniądze na to, żeby pomagać frankowiczom? A gdyby kwota ta urosła do astronomicznej sumy 1 zł,  to budżet by zbankrutował? Nie sądzę, za to by to uspokoiło rolników, którzy obecnie nie dostają takich odszkodowań, jakie faktycznie rekompensowałyby ich straty. Poza tym można by przeznaczyć choć trochę środków na informację i edukację, aby wyjaśnić ludziom, co robić, kiedy taka bobrza rodzina się wprowadzi na ich pola czy założy żeremia koło ich stawu.

Nie jestem idealistą, który nawoływałby do utworzenia specjalnej straży bobrowej, ale nie może tak być, że rolnik z kłopotem w postaci bobrzej rodziny robiącej mu szkody zostaje całkiem sam. Ja też byłbym wściekły, gdybym miał 20 hektarów i łąki zalane przez to, że bobry stawiają tamy.

Na razie taki pechowiec, do którego wprowadziły się te gryzonie, oprócz wojny z nimi musi stoczyć ileś tam potyczek z biurokratyczną machiną. Wypełnić formularze, dostarczyć mapy. I zapłacić - 82 zł. za każdy wniosek, np. o pozwolenie na rozebranie tamy.

Państwo, jeśli decyduje się chronić jakiś gatunek, musi być odpowiedzialne także za ludzi. I nie może być tak, że najpierw chronimy, a potem - z powodu zaniedbań państwa - dajemy pozwolenie na zabijanie, żeby pozbyć się kłopotu, bo zabić najłatwiej. Edukacja społeczeństwa jest skuteczniejsza. Trzeba wyjaśniać, że - biorąc pod uwagę całokształt działalności - to końcowy bilans wyjdzie i tak na korzyść bobra. Choćby dlatego, że buduje zbiorniki małej retencji, co w przypadku suszy, jak teraz, okazuje się bezcenne. I robi to zupełnie za darmo.

Bóbr, z tego co czytałam, nie ma naturalnych wrogów, którzy by skutecznie kontrolowali jego populację. A kiedy raz przyjdzie, już sobie nie pójdzie, zostanie na zawsze.

Otóż ma, wilka, który bardzo upodobał sobie jego mięso. Na biebrzańskich bagnach dwadzieścia procent ofiar wilków to właśnie bobry. Tyle, że wilków jest za mało, bo ludzie je wytępili. Bobry to zwierzęta terytorialne, zresztą bardzo inteligentne i pracowite. I faktycznie, jak gdzieś się zadomowią, to będą siedzieć tak długo, jak będą miały w okolicy wodę i coś do jedzenia. Jak tego braknie przeniosą się, bywa że tylko kawałek dalej. W dodatku ich młode już w drugim roku życia wypraszane są z gniazda i zakładają siedziby w dalszej okolicy. Więc ekspansja następuje dość szybko.

To co może zrobić rolnik albo rybak, jeśli już ma bobrzą rodzinę u siebie?

Jest wiele sprawdzonych - choćby w Kanadzie, która też musiała sobie poradzić z tym problemem - sposobów. To np. obniżanie poziomu wody za pomocą specjalnych - łatwych do wykonania gospodarskim sposobem - odpływów tak, aby nie zalewała pól. To skuteczniejsze, niż burzenie tam, bo te zwierzęta potrafią szybko odbudować. Aby nie niszczyły drzew, na których nam zależy, wystarczy pomalować ich pnie farbą z piaskiem albo otoczyć drucianą siatką. Przecież jeśli oczywistym jest, że trzeba chronić je przed sarnami, to dlaczego nie wysilić się trochę dla bobra? Poza tym z bobra można mieć całkiem wymierne korzyści - mieszczuchy, którzy przyjeżdżają na wieś, będą szczęśliwi, jeśli będą mogli podejrzeć, jak żyją te zwierzęta. Tak właśnie zrobił mój znajomy, nawiasem mówiąc człowiek o anielskiej cierpliwości i wielkim sercu dla zwierząt. Bo proszę sobie wyobrazić: posadził leszczynę, łosie mu ją zżarły, posadził sad, przyszły bobry i zjadły, założył staw - wydra, która przywędrowała za bobrami, wyjadła mu ryby. Ale teraz ma gospodarstwo agroturystyczne i zarabia na tej bioróżnorodności więcej, niż przed wizytą bobrów.

Takiego zwierzaka z pomarańczowymi zębami da się oswoić?

Ja miałem swojego bobrzego przyjaciela. Jeszcze w zeszłym roku odwiedzałem go każdego dnia, przynosiłem jabłuszka. Jak mnie widział wyłaził z wody. Ale od wiosny go już nie widuję. Susza, opadł poziom wód, więc pewnie przeprowadził się gdzieś dalej.