Urzędy stanu cywilnego stają się niewydolne. W największych jednostkach nie można już nic normalnie załatwić. Próby zdobycia zaświadczenia o stanie cywilnym, odpisów aktów urodzenia, zgonu czy małżeństwa najczęściej kończą się niczym. Od marca 2015 r. możemy iść ze sprawą do dowolnego urzędu, a nie tylko tam, gdzie mamy meldunek. W tej chwili jednak możemy tylko teoretycznie.

– Moja klientka wystąpiła o akty małżeństwa i zgonu do jednego z warszawskich USC. Usłyszała, że otrzyma je dopiero za dwa miesiące – opowiada nam notariusz Jolanta Bujalska z Warszawy.

Podobnych niedogodności doświadczyła nasza czytelniczka. – Po śmierci ojca obiecano mi, że akt zgonu dostanę najwyżej w ciągu kilku dni. Trwało to miesiąc i kosztowało kilka wizyt w urzędzie, skąd za każdym razem byłam odprawiana z kwitkiem. W końcu zrobiłam awanturę i wreszcie mi go wydano – skarży się pani Anna.

Źródłem kłopotów w USC są wymogi, które przed urzędnikami stawia nowy system informatyczny. Zgodnie z nimi akty stanu cywilnego powinny być sukcesywnie przenoszone do elektronicznej Bazy Usług Stanu Cywilnego. Jeśli nasze dokumenty jeszcze się tam nie znalazły, urzędnik będzie musiał najpierw je przenieść, a dopiero później wyda odpis. Procedurę dodatkowo wydłuża to, że migrację za każdym razem musi potwierdzić kierownik USC lub jego zastępcy.

– Cały dzień nie robię nic, tylko podpisuję papiery. A zaległości i tak przybywa – skarży się kierownik jednego z USC.

Dotarliśmy do wyliczeń Ministerstwa Spraw Wewnętrznych obrazujących skalę paraliżu w największych USC w kraju. W materiałach tych resort stwierdza wprost, że „duże USC mają zaległości w tym zakresie”, niektóre „nie wywiązują się z ustawowych terminów” oraz że „opóźnienia w migracji aktów będą paraliżować pracę w USC”.