Świątynia kultury i duchowego ukojenia, oaza dla melomanów? Żaden z tych opisów nie pasuje dziś do Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina w Gdańsku. Właśnie ruszył wyścig o fotel dyrektora tej instytucji. I w pięknych budynkach po dawnej elektrociepłowni na wyspie Ołowianka zawrzało. Kampanię przeciwko kierującemu placówką od 1993 roku prof. Romanowi Peruckiemu rozkręcają niezadowoleni muzycy.

– To dyktator, który filharmonię traktuje jak prywatny folwark – oskarżają. Anonimowo, bo nie chcą stracić pracy. Ale w podobnym tonie wypowiada się pod nazwiskiem legendarny założyciel orkiestry, już na emeryturze. 

Syn w orkiestrze

- O ile mi wiadomo, nie jest zabronione zatrudnianie przez dyrektora naczelnego na stanowiskach w instytucji państwowej członków najbliższej rodziny dyrektora, ale z całą pewnością wiem, że takie fakty budzą niepotrzebne emocje i powodują niepotrzebne komentarze wśród innych pracowników - mówi prof. Zygmunt Rychert, który był w przeszłości dyrektorem artystycznym orkiestry.

Chodzi o brata i syna dyrektora. Pierwszy pracuje w filharmonii od kilkunastu lat. Syn jest skrzypkiem w orkiestrze, dołączył do niej stosunkowo niedawno - jeszcze przed zmianą zasad przyjęć kandydatów. Dziś muzyków przesłuchuje się anonimowo, "za kotarą". Ale wcześniej przesłuchań nie anonimizowano. Nowe przepisy weszły w życie dopiero na wiosnę tego roku.

Przedstawiciele filharmonii tłumaczą, że o nepotyzmie nie mogło być mowy, bo zaważyły kompetencje, a nie rodzinne koneksje. Poza tym, to nie dyrektor wybiera muzyków do orkiestry, ale większe grono - cała komisja kwalifikacyjna, w której najważniejszy głos ma dyrektor artystyczny. Nieprawidłowości nie dopatrzył się też urząd marszałkowski, któremu instytucja podlega.

Pracownicy wiedzą jednak swoje. – Kto powie dyrektorowi, że syn do grania się nie nadaje? Takich śmiałków nie było – mówi jeden z naszych rozmówców.

Kto tu fałszuje?

Zarzutów jest jednak znacznie więcej. I to z najróżniejszych dziedzin. Nasi rozmówcy mówią o brak szacunku w stosunku do pracowników - Wielokrotnie zwracaliśmy na to uwagę, ustnie i na piśmie - zarówno jemu, jak i organowi prowadzącemu, czyli urzędowi marszałkowskiemu. W tej sprawie trwa jednak zmowa milczenia, nikt nie chce naprawić panującej sytuacji. Czy urzędnicy celowo nie chcą słuchać tego, o czym od dawna mówią muzycy i pracownicy instytucji? - pytają pracownicy. Nieoficjalnie wspominają o zabetonowanym układzie i polityczno-środowiskowych koneksjach. Ale konkretów nie podają.

Konflikt ma kilka wymiarów - personalny, ambicjonalny i finansowy. Przeciwnicy dyrektora zarzucają mu wykształcenie organisty, krytykują dobór repertuaru. Podważane są nie tylko kompetencje obecnego szefa filharmonii, ale i osiągnięcia orkiestry pod jego przewodnictwem.

- Oczkiem w głowie dyrektora są imprezy sakralno-organowe. To sprawny administrator, ale zrobił z filharmonii dom kultury a nie świątynię kultury wyższej - mówią muzycy.

- Moja współpraca z dyrektorem Peruckim była udręką, gdzie organista nie mający żadnego wykształcenia dyrygenckiego wiązał ręce doświadczonemu dyrygentowi – symfonikowi, założycielowi tej orkiestry w 1974 roku! - unosi się prof. Rychert i dodaje, że od kilku lat filharmonię omija szerokim łukiem.

W tle jak zawsze pojawiają się pieniądze. W filharmonii prężnie działają związki zawodowe. I to one narzekają - zwłaszcza na kiepsko, ich zdaniem, płatne wyjazdy zagraniczne.

- Większość wyjazdów nie wiąże się ani z z pieniędzmi, ani z prestiżem. Ale ci, którzy nie mają stałych umów, boją się odmówić, żeby nie stracić pracy - słyszymy od jednego z pracowników kompleksu na Ołowiance.

Nasi rozmówcy wskazują, że filharmonia w odróżnieniu od siostrzanych jednostek w całym kraju wcale nie jest deficytowa. Ale muzycy tego nie odczuwają. Podają przykład najbliższego tournée po USA, gdzie w ciągu niecałych trzech miesięcy muzycy mają zagrać aż 48 koncertów. To więcej niż orkiestra gra w filharmonii w ciągu całego roku. "Norma” miesięczna wynosi 3 koncerty, pozostałe powinny być dodatkowo płatne i uwzględniać diety wynikające z zagranicznych delegacji.

Szefostwo filharmonii odpiera zarzuty, twierdząc, że muzycy dostaną za cały wyjazd po 5 tys. dolarów. A takiego zarobku niejeden artysta by im pozazdrościł.

Sam dyrektor spokojnie tłumaczy, że stawiane zarzuty można odczytywać jako próbę ingerowania w działalność dobrze funkcjonującej instytucji. Przyznaje, że nie zamierza rezygnować z walki o stanowisko.

O konfliktach wokół konkursów na dyrektorów instytucji artystycznych czytaj więcej w elektronicznym wydaniu "Dziennika Gazety Prawnej". CZYTAJ >>>

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

ROZMOWA Z DYREKTOREM Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina:

"Nigdy nie byłem skłonny poniżać żadnego ze współpracowników"

Barbara Sowa: Czy wykorzystywał pan swoje stanowisko przy zatrudnianiu brata i syna w filharmonii?

Prof. Roman Perucki*: Stawiane zarzuty można odczytywać jako próbę ingerowania w działalność dobrze funkcjonującej instytucji. Zachowuję ogromny dystans do komentowania podobnych zjawisk i mogę jedynie podziękować wszystkim moim byłym i obecnym współpracownikom, dyrektorom artystycznym, a także mojemu bratu za kilkanaście lat dobrej współpracy.

Pod jego kierownictwem kasa biletowa działa prawidłowo, przeprowadzone w tej sprawie kontrole wewnętrzne i zewnętrzne, jak również te w zakresie bieżącego nadzoru nad działalnością instytucji, nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Jego praca jest dobrze oceniania także przez jego zwierzchnika - dyrektora ds. finansowych.

Pański brat pracuje w filharmonii od kilkunastu lat, syn od niedawna. Dlaczego zarzuty pojawiają się dopiero teraz?

Kilka lat temu pojawił się podobny w treści tekst. Tym razem odnoszę się do postawionych tez, ponieważ są sformułowane w formie personalnych zarzutów. Nie odnoszę się bowiem do plotek czy anonimowych wypowiedzi.

Polityka zatrudniania pracowników w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. F. Chopina w Gdańsku pozostaje w zgodzie z obowiązującymi przepisami prawa oraz wewnętrznymi procedurami i oparta jest na weryfikacji kompetencji każdego potencjalnego kandydata. Podobnie było w wypadku muzyka Orkiestry PFB – Łukasza Peruckiego, który zatrudniony został jako jedna z trzech przyjętych po przesłuchaniach osób, w otwartym konkursie, opartym na jawnych zasadach, zgodnie z obowiązującą w tym czasie procedurą naboru.

W ramach ogłoszonego przesłuchania powołuje się komisję kwalifikacyjną, w skład której wchodzi m.in. Rada Artystyczna, Koordynator Pracy Artystycznej i Dyrektor Artystyczny Orkiestry, odpowiedzialny za poziom artystyczny zespołu oraz wskazywanie kandydatów do zatrudnienia. Dyrektor Naczelny nie bierze udziału w przesłuchaniu, a jedynie zatwierdza kandydata.

Dlaczego przesłuchanie nie było anonimowe, "za kotarą", jak ma to miejsce obecnie?

Procedurę przesłuchań "za kotarą" wprowadzono od kwietnia 2015 roku.

Pracownicy filharmonii nazywają pana dyktatorem, podważają też osiągnięcia orkiestry i pańskie kompetencje.

Niedopuszczalne jest pomawianie mnie jako osoby działającej na szkodę poziomu orkiestry czy też obmawianie bardzo dobrej orkiestry jako złej! Wszelkie prowadzone przez nas działania, jak choćby współpraca orkiestry z wybitnymi dyrygentami czy zagraniczne tournées, również przyczyniają się do jej artystycznego rozwoju. Niech o poziomie orkiestry świadczą pochlebne opinie prasy krajowej i zagranicznej, jak również zaproszenia płynące zza granicy.

Wymienię tylko tournée w Chinach, koncerty w Filharmonii Moskiewskiej, udział w festiwalu muzyki polskiej w Saarbrücken czy też fantastycznie przyjęte przez krytyków i publiczność wykonanie IV Symfonii Mikołaja Góreckiego na festiwalu Solidarity of Arts.

O coraz wyższym poziomie Orkiestry PFB niech świadczą pozytywne opinie takich wybitnych dyrygentów jak: prof. Antoniego Witta, Dyrektora Artystycznego Filharmonii Narodowej Jacka Kaspszyka, szefa Filharmonii Moskiewskiej Jurij Simonova, maestro Michaela Zilma i wielu innych.

Założyciel orkiestry wspomina współpracę z panem, jako "udrękę". Rozstaliście się w konflikcie?

Nie, ale oczywiście, jak każda współpraca, ta z profesorem Rychertem, miała swoje blaski i cienie. Nie chciałbym się wypowiadać na temat nie zawsze pochlebnych sformułowań dyrektora Rycherta, kierowanych pod adresem orkiestry czy też opowiadać o szczegółach wielogodzinnych spotkań ze związkami zawodowymi, które nieustannie go atakowały. Chcę bowiem pamiętać wyłącznie o tym, co dobre.

Prof. Rychert twierdzi, że chciał pan z niego z niego zrobić marionetkę i wyciąga przykłady konfliktów sprzed lat.

Nigdy nie byłem skłonny poniżać żadnego ze współpracowników. A tym bardziej traktować kogoś jak marionetkę, więc traktuję tego rodzaju zarzuty jako pomówienia nie wymagające komentarza.

Pan dyrektor Rychert zapisał się wspaniałą kartą w historii filharmonii! Pod koniec lat 90-tych na moją prośbę zgodził się zostać dyrektorem artystycznym, kiedy niemożliwe było już dla mnie dalsze łączenie dwóch funkcji: dyrektora naczelnego i artystycznego. Były to trudne czasy: niski budżet, budowanie nowej, odrębnej siedziby filharmonii. Dlatego też serdecznie mu dziękuję za współpracę w owym trudnym okresie, ponieważ dziś funkcjonujemy w zupełnie innych warunkach i moglibyśmy mieć inne wspomnienia.

Ingerował pan w repertuar?

Nigdy nie ingerowałem w budowanie repertuaru koncertowego orkiestry poza koncertami sakralnymi i organowymi. Tak układała się nasza współpraca. Oczywiście pojawiały się także rozmowy i sugestie z mojej strony, ale prof. Rychert miał wszelkie moje plenipotencje w tym zakresie. Prawdopodobnie mniej rozumiał kwestie zarządzania publicznymi finansami i odpowiedzialności, jaka z tym się wiąże.

Nie zawsze zgadzaliśmy się w kwestiach finansowych zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba było obniżać uzgodnione wcześniej przez niego stawki honorariów dla artystów, ponieważ odbiegały one od naszych możliwości finansowych. Z tego powodu czasami trzeba było odwoływać koncerty lub przenosić je na inny termin. Zwłaszcza, kiedy orkiestra miała szanse wyjechać zagranicę i pozyskać dodatkowe środki. Takie były czasy. Decyzje zmieniałem tylko z powodów finansowych i w trosce o dobro moich muzyków! Dbałość o stan finansów publicznych była i jest moim obowiązkiem.

W dalszym ciągu moja sympatia dla dyrektora Rycherta jest ogromna – niech świadczy o tym moje zaproszenie do poprowadzenia jednego z koncertów jubileuszowych, już po zakończeniu współpracy. Cenię go za ogromną wiedzę i doświadczenie, co wielokrotnie publicznie podkreślałem.

Wystartował pan w konkursie na dyrektora?

Tak.

*Prof. Roman Perucki kieruje Polską Filharmonią Bałtycką im F. Chopina w Gdańsku od 1993 roku.