Przeprosiłam Lecha Wałęsę przez media. Nie dzwoniłam, bo nie mam numeru. Znam go tylko z telewizji. Jeśli kiedyś go spotkam, jeszcze raz przeproszę- mówi portalowi fakt24.pl Maria Kiszczak, wdowa po szefie MSW. Powtarza, że akta do IPN zaniosła, bo miała problemy finansowe. Nie sądziła, że może za przetrzymywanie tych dokumentów trafić do więzienia. Dodała też, że nie przeglądała tych akt, więc nie mogła zauważyć listu od męża, w którym prosił o ujawnienie dokumentów dopiero po śmierci Lecha Wałęsy.

Zdradza też, że ujawnienie tych dokumentów zaszkodziło jej relacjom z dziećmi. Mają do mnie ogromny żal, ale cóż, stało się. Nie cofnę tego. Mam nadzieję, że kiedyś mnie zrozumieją - mówi. Twierdzi, że musiała zwrócić się o pomoc, bo choroba i śmierć męża dużo ją kosztowały. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale po jego odejściu nikt nie zaoferował mi pomocy - twierdzi. Wyjaśnia, że jest jej ciężko utrzymać i wyremontować dom, dlatego przyniosła akta do IPN.

Maria Kiszczak tłumaczy też, że ma żal do prezesa Instytutu. Nie sądziła, że w jej domu pojawi się taka duża komisja z prokuratorem na czele. Brali wszystko, na co mieli ochotę! Nie pytali mnie o nic - wyjaśnia. Żałuje też, że zabrano prywatne zdjęcia Czesława Kiszczaka z Magdalenki.

Wdowa po szefie MSW zdradza też swe największe marzenia. Przede wszystkim chciałaby wyzdrowieć, a potem odpocząć w ciepłych krajach. Ten rok był dla mnie ciężki, złamałam szyjkę stawu biodrowego, przeszłam operację brzucha. Chętnie pojechałabym do ciepłych krajów, wygrzała się na słońcu. Marzę o wycieczce do Egiptu. Jestem strasznie zmęczona - podsumowuje.