PAP: Mija sześć lat od katastrofy smoleńskiej. Czy we współczesnych, różnorodnych społeczeństwach możliwe jest wspólne przeżywanie żałoby?

dr Michał Łuczewski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego i dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II: Polacy to nigdy nie był jeden naród. Od zawsze mieliśmy wiele narodów, które walczą o to, który jest prawdziwie polski. Wydawało się, że po tej nieustannej, wyczerpującej, trwającej stulecia walce nastał nareszcie czas pokoju. We wspólnej żałobie połączyli się dotychczasowi wrogowie: liberałowie i konserwatyści, prawicowcy i lewicowcy, postkomuniści i antykomuniści. Połączyła ich katastrofa, bo to była ich wspólna katastrofa. Zginęli w niej ich bliscy, przyjaciele, współpracownicy. Każdy z nas znał kogoś z pasażerów. To była żałoba nie tylko nad tymi, którzy zginęli. Ale przede wszystkim nad nami samymi.

Dziś trudno odtworzyć tę atmosferę jedności. Ludzie, którzy się nie znali, nagle zaczynali ze sobą rozmawiać. Wspólne modlitwy. Wielokilometrowa kolejka przed Pałacem Prezydenckim. Palące się znicze w całej Warszawie i w całej Polsce.

PAP: Po 10 kwietnia byliśmy wspólnotą?

M.Ł.: Obok duchowego przeżywania żałoby jednocześnie toczyła się kampania wyborcza, pojawiały się pytania o to, kto jest odpowiedzialny za katastrofę i kto przejmie władzę. Trudno było rozgraniczyć, gdzie kończy się żałoba, która jednoczy, a gdzie rozpoczyna polityka, która dzieli. A potem przeszliśmy do jeszcze silniejszej polaryzacji, do jeszcze bardziej brutalnej walki wszystkich ze wszystkimi, która trwa do dzisiaj. Żałoba powinna doprowadzić do odzyskania pokoju: wewnętrznego i zewnętrznego, ale wzbierający konflikt między nami sprawił, że jej nie zakończyliśmy. Ona cały czas trwa.

PAP: To co, wobec tego, przeżyliśmy jako społeczeństwo?

M.Ł.: Po katastrofie przed Pałacem Prezydenckim gromadzili się ludzie, którym nikt nie powiedział, że mają tam pójść. To był impuls silniejszy od nich. Następowała jakaś przedziwna transformacja, która sprawiała, że Prawo i Sprawiedliwość wezwało do narodowej zgody, a ci, którzy Lecha Kaczyńskiego nie darzyli szacunkiem, naraz zaczęli składać mu hołdy. Pojawił się nawet pomysł wyboru wspólnego prezydenta ponad podziałami. Tak nagła i tak powszechna jedność nie następuje w żadnym nowoczesnym społeczeństwie. Przez lata uczyłem moich studentów teorii Rene Girarda, jednego z najwybitniejszych współczesnych antropologów, który zajmował się początkami ludzkiej kultury. Po 10 kwietnia zrozumiałem, że na wielką skalę przeżywamy opisany przez niego pierwotny rytuał. Zrozumiałem, że teoria, która dotyczy społeczeństw archaicznych, w rzeczywistości opisuje nas samych.

PAP: Co jest w nas z tych dawnych społeczeństw?

M.Ł.: Cały czas walczymy wszyscy ze wszystkimi, tak jak robiły to społeczeństwa pierwotne, tyle że zamiast kamieni i dzid używamy mediów, symboli, ironii i żartów. I cały czas wyszukujemy winnych za nasze własne winy, tzn. szukamy kozłów ofiarnych. Uważam, że rolę takiego kozła ofiarnego odegrał Lech Kaczyński.

Jednak społeczeństwa nowoczesne, inaczej niż archaiczne, nie sakralizują kozłów ofiarnych. W tym sensie nie należymy do nowoczesności. Nie ma nic dziwnego w tym, że opłakujemy kogoś, kogo podziwialiśmy i kochaliśmy. Tak działo się po śmierci Jana Pawła II. Zaskakujące było jednak to, że zjednoczyliśmy się po śmierci Lecha Kaczyńskiego, który jeszcze chwilę wcześniej był wyszydzany i atakowany – jeszcze w marcu 2010 r. u niemal trzech czwartych Polaków budził więcej negatywnych niż pozytywnych emocji.

Ten zaskakujący mechanizm, który rządził społeczeństwami archaicznymi i który rządzi naszym społeczeństwem, Girard tłumaczył w następujący sposób: kozioł ofiarny pozwala wspólnocie się połączyć w niechęci wobec niego; kiedy ginie, wspólnota odzyskuje spokój – nie ma już tego, który przeszkadzał, ale następnie zasługę za to wyjątkowe, niezrozumiałe wydarzenie wspólnota zaczyna przypisywać tej osobie, która zginęła. W ten sposób demonizowany wróg wspólnoty zamienia się w jej boga. Ale w istocie wspólnota w swym bogu wielbi samą siebie. Wywyższenie kozła ofiarnego służy celebrowaniu jedności społecznej, ale nie własnemu nawróceniu.

PAP: Dlaczego Lech Kaczyński miałby być kozłem ofiarnym?

M.Ł.: W Polsce spełnione zostały wszystkie elementy, jakie w społeczeństwach pierwotnych prowadziły do prześladowania. Po podwójnej wygranej PiS-u w 2005 roku dotychczasowe hierarchie uległy zachwianiu, znaleźliśmy się w stanie kryzysu. Marginalizowana przez elity III RP prawica znalazła się w centrum, a elity straciły swoją pozycję. Centrum pomieszało się z peryferiami, a dół z górą.

W stanie rozchwiania społeczeństwo szuka odpowiedzialnych za ten chaos. Wzrok najczęściej pada na osoby najbardziej eksponowane i musiał on paść na braci Kaczyńskich. Kiedy odnalazło się już winnych, przypisuje się im różne zbrodnie i znaki, które świadczą o ich inności. Wobec Lecha Kaczyńskiego wykorzystano cały szereg dehumanizujących strategii od "kaczora", "kurdupla" do "alkoholika", "homofoba", zależnego od matki i brata, do tego bliźniaka, a jak pokazywał Girard, u źródeł ludzkiej kultury panowała niemal powszechnie "religijna fobia bliźniąt".

PAP: Dla niektórych część z tego, o czym pan mówi, to mogły być tylko żarty.

M.Ł.: Śmiech może być dosłownie zabójczą bronią. Tak jak istnieje mowa nienawiści, tak też istnieje śmiech nienawiści, tyle że śmiech jest o wiele bardziej niebezpieczny. Przed mową nienawiści łatwiej się obronić; przy śmiechu wina jest przerzucana na osobę, która chce się bronić, jako kogoś pozbawionego poczucia humoru czy dystansu do siebie. Ta wysublimowana technika ma jeszcze tę przewagę, że ludzie, którzy ją stosują, sami jej nie widzą.

Lech Kaczyński doświadczał właśnie śmiechu nienawiści. Efekt był taki, że nie tylko zniszczono – jak mówił Janusz Palikot – godnościowe podstawy prezydentury Lecha Kaczyńskiego, ale po prostu zniszczono jego ludzką godność. I oto niespodziewanie osoba, której źle życzono, zginęła w katastrofie. Wtedy, jak w społeczeństwach archaicznych, nastąpiła nagła jedność: wspólnota zaczęła afirmować samą siebie, twierdząc, że „państwo zdało egzamin” i że Polacy są tacy wspaniali, bo zawsze w momentach kryzysu umieją się zjednoczyć. Ci, którzy do niedawna prezydenta krytykowali, zaczęli go żałować.

PAP: To ludzki odruch.

M.Ł.: Ten ludzki odruch nie doprowadził jednak do pogłębionej refleksji nad sobą. Nie nastąpiła w nas żadna zmiana. Rozważania Karla Jaspersa o winie Niemców można zastosować bezpośrednio do winy Polaków. Groźba przypisania winy kryminalnej i politycznej (odpowiedzialności za śmierć 96 osób) wyparła u wielu poczucie winy moralnej (za niesprawiedliwą krytykę Kaczyńskiego czy brak niezbędnego wsparcia w przygotowaniu lotu). Ale przede wszystkim wyparła winę metafizyczną, która powstaje wtedy, gdy jedni umierają, a my żyjemy nadal. Dlaczego oni, dlaczego nie ja?

Taka refleksja doprowadziłaby do przełamania naszej niewiedzy, do odkrycia naszych win. Początki takiej refleksji było widać u wielu osób. Lech Wałęsa tuż po katastrofie mówił, że „wszyscy jesteśmy trochę winni”, „proszę Boga o wybaczenie, bo mnie już teraz nie wybaczą”. Poczucie winy, które wtedy się ujawniło, mogło być początkiem duchowej odnowy, opisywanej przez Jaspersa: skruchy, pozbycia się własnej pychy i „zdobycia samowiedzy w obliczu Boga”. Ale tą drogą nie poszliśmy.

Walka o krzyż pod Pałacem, o pochówek na Wawelu, krytyka Jarosława Kaczyńskiego startującego w wyborach prezydenckich pokazały, że na nowo rozpoczął się archaiczny proces, tyle że jeszcze bardziej zradykalizowany. Młodzież pod prezydenckim krzyżem krzyczała "Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!", a Kuba Wojewódzki śpiewał "Po trupach do celu". To wszystko oczywiście pośród śmiechu. Zwieńczeniem tej spirali przemocy było zastępcze morderstwo działacza PiS w Łodzi: Ryszard Cyba - jak mówił - chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. Znów widać, w jak przerażającej dynamice znalazło się polskie społeczeństwo: od konfliktu przeszliśmy do jedności, aby przejść do jeszcze bardziej brutalnego konfliktu. W ten sposób doszło do ostatecznego rozerwania solidarności społecznej. Wspólnota powstaje wtedy, kiedy ludzie się śmieją razem albo płaczą razem. Ale podczas nieukończonej żałoby jedni płakali, a drudzy się śmiali.

PAP: A jaką rolę w tym mechanizmie i w tym, jak tę żałobę przeżywaliśmy odegrały media?

M.Ł.: Między mediami a społeczeństwem zaszedł rodzaj sprzężenia zwrotnego. Media nadawały ton żałobie, ale i podążały za społeczeństwem, transmitując msze i spontaniczne zgromadzenie pod Pałacem Prezydenckim. Później pojawiały się zarzuty o medializowanie, kreowanie rzeczywistości. Ale nie da się oddzielić żałoby od wyobrażeń kreowanych przez media. To była całość. Żałoba była wydarzeniem realnym, które potem było przez media na różne sposoby opowiadane – stawało się dramatem. Takie zlanie się wydarzenia i opowieści, rzeczywistości i wyobrażenia Maria Janion określała jako fantazmat. Bez mediów katastrofa byłaby faktem historycznym, ale nie faktem społecznym o takiej skali.

PAP: Metody dehumanizacji, o których pan mówił, stosują obie strony politycznego sporu. Bronisław Komorowski w ostatniej fazie kampanii prezydenckiej też chyba tego doświadczał.

M.Ł.: Tak, godnościowe podstawy jego prezydentury też zostały zniszczone. O ile jednak Kaczyńskiego stygmatyzowały media głównego nurtu, o tyle Komorowski padł ofiarą linczu bezimiennego ludu internetowego. I podobnie jak Kaczyński nie umiał się przed tym obronić. Jego wpadki urastały do rangi apokaliptycznych klęsk. Myślę, że przechodził proces odwrotny do tego, czego doświadczył Lech Kaczyński - Komorowski był przez dłuższy czas liderem sondaży, by w końcu zostać przez większość wyborców nagle i brutalnie odtrącony. Komorowski wydawał się odczuwać to jako niesprawiedliwość losu, jakby nie pamiętając, że od dziesięciu lat on sam i jego środowisko, reprezentowane przez Janusza Palikota, systematycznie dehumanizowało Kaczyńskich. Z przemocą jest tak, że nigdy nie widzimy przemocy własnej, ale bardzo szybko dostrzegamy przemoc cudzą. Wydaje mi się, że to wymaga od polskich polityków refleksji.

PAP: Do czego taki namysł może doprowadzić?

M.Ł.: Do zrozumienia, że są do siebie bardzo podobni. Oni ze sobą walczą nie dlatego, że są inni, ale dlatego, że są swoimi sobowtórami. Świetnym przykładem tej walki jest konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego. Jarosław Kaczyński i Andrzej Rzepliński są jak dwaj bracia. To dwaj twardzi, dumni faceci, którzy nie popuszczą, stosują podobne metody i korzystają z tych samych argumentów, oskarżając się na zmianę o „upolitycznienie”, „przekraczanie wszelkich granic”, „absolutny brak chęci kompromisu”. Kiedy Waszczykowski po ataku Cyby mówił: „Nie zabijajcie nas”, wyśmiał go Lis. Kiedy Rzepliński obawia się o swoje życie, wyśmiewa go Ziobro. Rzepliński oskarża Kaczyńskiego o autokratyczne zapędy, a Kaczyński Rzeplińskiego o to, że zamierza zostać prezydentem.

Taki konflikt może rozwiązać tylko suweren. Kłopot polega na tym, że każdy z oponentów chce reprezentować suwerena, a nawet uważa, że jest suwerenem. Lewiatan - jak za księgą Hioba definiuje suwerena Thomas Hobbes - to król dzieci pychy. Kiedy patrzę na Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Rzeplińskiego, to myślę, że to są właśnie królowie dzieci pychy, czyli nas. Obaj do skrajności doprowadzają nasze cechy. Przekonani o własnej nieomylności i moralnej racji, jednocześnie są za słabi, żeby narzucić drugiej stronie swoją własną wolę. I tak trwają w coraz bardziej niebezpiecznym klinczu.

PAP: Jakie konsekwencje katastrofy widzi pan dziś w Polsce?

M.Ł.: Między innymi właśnie spór o Trybunał Konstytucyjny. Smoleńsk zachwiał elementarnym poczuciem sprawiedliwości. Zdaniem PiS, katastrofa to symbol zepsucia III RP i słabości procedur, które okazały się fikcją: nie ustrzegły nas przed katastrofą rządowego samolotu i nie doprowadziły do – jeśli już nie skazania, to choćby wskazania winnych. W perspektywie Jarosława Kaczyńskiego liberalne procedury okazały się w istocie służyć liberalnym elitom. Symbolem tego stał się dla niego Trybunał Konstytucyjny. Kaczyński uznał więc, że aby skutecznie zrealizować wolę ludu, należy najpierw zmienić elity, a dopiero potem pomyśleć o procedurach. Z kolei lud w postaci KOD-u się na to nie zgodził i broni Trybunału. To mógłby być ciekawy spór o to, czy w liberalnej demokracji ważniejszy jest liberalizm, czy demokracja. Niestety nie jest to spór teoretyczny, lecz spór, który powoli zamienia się w sprawę życia i śmierci.