Jednak, jak mówił Świetlik, mimo zaproszenia na debatę, w której uczestniczyli dziennikarze: Beata Lubecka, Łukasz Warzecha i Marek Domagalski, nie dotarli przedstawiciele marszałków Sejmu i Senatu. Jestem tym dosyć poruszony, to objaw ewidentnej arogancji - skomentował Warzecha. Marszałek Kuchciński w ogóle nie rozmawia z dziennikarzami - dodała Lubecka.

Powodem debaty były ograniczenia w pracy dziennikarzy w Sejmie, do których już doszło, i które są planowane.

W grudniu ubiegłego roku marszałek Sejmu zakazał operatorom kamer i fotoreporterom wstępu do kuluarów, czyli korytarza okalającego salę obrad; na początku tego roku weszło zaś w życie zarządzenie, które zamknęło kuluary dla wszystkich dziennikarzy. Zagrodzono też wejścia do korytarza, przy którym znajdują się gabinety marszałka i jego zastępców. Jeśli chodzi o plany na przyszłość, o czym pisała "Rz", dziennikarze zostaną przeniesieni z korytarza głównego Sejmu, gdzie niegdyś znajdował się tzw. okrągły stolik, a dziś są stoły i kanapy dla dziennikarzy, do pomieszczeń, które obecnie zajmuje Straż Marszałkowska. Oznacza to, że dziennikarze zostaną przeniesieni dalej od sali obrad; prawdopodobnie będą mogli utrwalać dźwięk i obraz tylko w dwóch miejscach: w sali konferencji prasowych i na stanowiskach niedaleko galerii nad salą obrad.

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski (PiS) zapewniał w rozmowie z PAP, że nie ma mowy o żadnym ograniczaniu dostępu dziennikarzy do parlamentarzystów. To nie jest obostrzenie pracy dla dziennikarzy, ale uporządkowanie i ułatwienie ich pracy, i przeprowadzania przez nich wywiadów, rozmawiania z parlamentarzystami. To bardzo dobra zmiana, idąca w kierunku rozwiązań, które są zastosowane we wszystkich parlamentach europejskich - przekonywał Karczewski.

Zarówno Warzecha, jak i Świetlik, uznali takie działania władzy za błąd. PiS tworzy sobie dodatkowy niepotrzebny front - mówił Świetlik. To się ostatecznie odwróci przeciwko politykom - przekonywał Warzecha.

Zdaniem Lubeckiej planowane zmiany będą oznaczały "zepchnięcie dziennikarzy do sutereny". Nie wyobrażam sobie pracy po zepchnięciu do sutereny - pełnilibyśmy rolę podstawek pod mikrofony  - oburzała się dziennikarka. Jak przekonywała, to bardzo utrudni pracę dziennikarzy i zredukuje ją do nagrywania "przekazów dnia". A to chyba nie o to chodzi (...) Jestem pełna obaw - wskazała i podkreśliła, że "powinno zostać tak, jak jest".

Podobną opinię wyraził Warzecha: "Ludzie dostaną tylko to, co politycy będą chcieli im pokazać". Tymczasem - jak zauważył - parlament to nie jest miejsce, gdzie posłom ma być przyjemnie, lecz miejsce ich pracy. Bardzo mi się to nie podoba. Odczytuję to jako próbę uwolnienia się od tych upierdliwych, wstrętnych pismaków - oświadczył.

Natomiast Domagalski zwrócił uwagę, że dzięki brakowi ograniczeń opinia publiczna może oglądać takie rzeczy, jak jedzenie na sali sejmowej, granie na tabletach, czy głosowanie "na dwie ręce".

Paneliści byli zgodni, że w sprawie ograniczeń w dostępie dziennikarzy do Sejmu niezbędne są - jak to ujął Warzecha - "uzgodnienia, konsultacje, dogadywanie się; rozmowa, a nie narzucanie własnych wyobrażeń o tym, jak to ma być". W jego ocenie, w toku takich rozmów powinno się udać wspólnie ustalić strefy bez dziennikarzy w parlamencie.