To jedna z uwag, jakie wniesiono do projektu rozporządzenia ministra środowiska w sprawie stawek opłat za usunięcie drzew i krzewów, który przygotował generalny dyrektor ochrony środowiska. Określa on nowe zasady naliczania opłat za wycinkę – ponoszą je ci właściciele nieruchomości, którzy planują usunięcie rośliny w związku z działalnością gospodarczą. W przypadku pozostałych wystarczy, że wystąpią o zgodę na wycinkę do gminy.

Ważne jest miejsce

Zgodnie z projektowanymi przepisami nowe opłaty mają być uzależnione od m.in. lokalizacji drzew oraz tempa wzrostu. GDOŚ wyróżnił cztery lokalizacje. Najwięcej trzeba będzie zapłacić za wycinkę z terenów uzdrowiskowych, wpisanych do rejestru zabytków oraz pasa przy drodze (współczynnik do obliczania opłaty 1,3). Drugi przelicznik dotyczy terenów zielonych (1,0), trzeci miast (0,7), a czwarty – najniższy – wiejskich (0,4).

Zdaniem ekspertów ta propozycja wymaga jednak modyfikacji. I tak Wielkopolski Park Narodowy domaga się wyższych stawek (współczynnik 1,5-2) za usunięcie roślin z obszarów objętych ochroną przyrody, np. rezerwatów czy terenów Natury 2000. Z kolei zdaniem Instytutu Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa (IGPiM) wyższe stawki (wskaźnik 1,5) powinny dotyczyć drzew rosnących w pasach dróg publicznych. Powód? Koszty ich posadzenia w takich miejscach jest droższy nawet o 150–200 proc.

Pominięta kondycja

Eksperci zauważają również, że projekt pomija współczynnik kondycji roślin. – Wycięcie lub zniszczenie drzewa jest stratą dla społeczeństwa, istnieją jednak okoliczności, kiedy może ono powodować zagrożenie lub jest niepożądane w danym miejscu ze względów społecznych, biologicznych czy estetycznych – wskazują specjaliści IGPiM.

Argumentują, że zastosowanie współczynnika kondycji umożliwia określenie faktycznej wartości rośliny, która w przypadku złych rokowań może mieć wartość zerową. – Obserwowane obecnie pogorszenie i uszkodzenie kondycji roślin w wielu miastach może stanowić zagrożenie dla osób przebywających w pobliżu, zwłaszcza z uwagi na anomalie pogodowe, jak nasilające się huragany oraz ocieplenie klimatu. Stąd ocena kondycji drzew jest podstawowym wskaźnikiem niezbędnym dla wieloletniego, perspektywicznego gospodarowania i zarządzania zadrzewieniami w miastach – przekonują.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi chce, aby gminy nie pobierały opłaty za wycięcie gatunków drzew, które są uznawane za inwazyjne. Chodzi np. o klon jesionolistny, czeremchę amerykańską, robinię akacjową, dąb czerwony, jesion pensylwański czy sumkę owocową. – Stanowią one zagrożenie dla środowiska naturalnego i rodzimych gatunków flory – wskazuje Ryszard Zarudzki, wiceminister rolnictwa w opinii do projektu.

Uwagi do projektu ma też prof. Irena Niedźwiecka-Filipiak, prezes Stowarzyszenia Polskich Architektów Krajobrazu. – Rozporządzenie powinno dawać proste i jednoznaczne wytyczne. Uważam, że zaproponowane stawki uległy zbytniemu uproszczeniu w stosunku do ekspertyzy, będącej jego podstawą – zaznacza. I wyjaśnia, że naliczanie stawek związane jest jedynie z przyrostem pnia bez uwzględnienia rzeczywistej wartości gatunku wpływającej na jakość środowiska i krajobrazu, np. z uwagi na wielkość czy gęstość korony.

Ogromne wątpliwości budzi też przyjęcie niskiego współczynnika dla roślin rosnących na terenach wsi. Obawiam się, że daje to czytelny sygnał na przyzwolenie wycinania drzew, przede wszystkim rodzimych na tym obszarze – uważa prof. Irena Niedźwiecka-Filipiak. Dodaje, że z krajobrazu wiejskiego już w tej chwili wiele wysokich drzew liściastych znika albo ulega ogłowieniu. – Pozwolenie na 60-proc. obniżkę i tak już zaniżonych stawek w połączeniu z naliczaniem opłat związanych jedynie z przyrostem pnia spowoduje, że w przyszłości zniknie bioróżnorodność na obszarze wsi i zmieni się ona w betonową pustynię z posesjami otoczonymi żywotnikami zachodnimi – przestrzega profesor.

Centymetr warty tysiące

Z kolei Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (RDOŚ) w Łodzi wytyka projektowi drastyczne dysproporcje w opłacie za drzewa różniące się zaledwie 1 cm obwodu pnia. Na przykład za roślinę, która ma 21 cm obwodu, trzeba zapłacić o 100 proc. wyższą opłatę niż te liczące 20 cm. W efekcie jeden centymetr kosztuje w tym przypadku od 371 zł do 742 zł. Przy roślinach o obwodzie 51 cm w porównaniu z tymi, które mają 50 cm, różnice wynoszą od 556 zł do nawet 5646 zł za jeden centymetr. Wynika to z faktu, że projekt proponuje 53 przedziały obwodów drzew, zgodnie z którymi będzie naliczana opłata. – Należy przy tym zaznaczyć, że przy pomiarach drzew błąd może wynosić 1–2 cm przy roślinach o mniejszym obwodzie, do nawet kilku centymetrów przy grubszych – zauważa RDOŚ w Łodzi.

W ocenie specjalistów sposób naliczania opłaty powinien być inny. Proponują zachowanie obecnie obowiązującego, który polega na mnożeniu stawki za centymetr obwodu drzewa, dzięki czemu wysokość opłaty wzrastałaby płynnie, a nie skokowo.

Etap legislacyjny

Projekt po konsultacjach