Organizatorzy Kuchni Konfliktu to Paulina Milewska, Jarmiła Rybicka i Maciej Kuziemski - trójka młodych warszawiaków zaangażowanych w działalność społeczną: . W dniu inauguracji projektu udało nam się porozmawiać z Jarmiłą, którą na chwilę oderwaliśmy od przygotowań.

Anna Sobańda: Wierzycie, że uda Wam się przez żołądek dotrzeć do serc Polaków i otworzyć je na imigrantów i uchodźców?

Jarmiła Rybicka: Będzie ciężko, ale mamy nadzieję, że nam się uda. Chcemy pokazać, że jesteśmy tutaj razem, mieszkamy w jednym mieście i Warszawa jest tak samo nasza, jak i ich. Jesteśmy optymistami i chcemy dotrzeć do ludzi nie tylko przez żołądek, ale i samo spotkanie, podczas którego będzie można porozmawiać, poznać się. Mamy nadzieję, że to pomoże zmniejszyć dystans, lęk i zawalczyć ze stereotypami.

Jak w ogóle wpadliście na pomysł integrowania imigrantów i uchodźców z Polakami?

Takim bezpośrednim bodźcem był wzrost poziomu radykalizacji debaty publicznej w ostatnim roku, a także wzrost dyskryminacji i fizycznej przemocy wobec imigrantów i uchodźców. To nas bardzo zaniepokoiło, a ponieważ zarówno ja, jaki i Maciek i Paulina zajmujemy się na co dzień działalnością społeczną w różnego rodzaju organizacjach pozarządowych, chcieliśmy zrobić coś innego, bardziej innowacyjnego niż standardowe projekty. Zależało nam na tym, by to nie było tak do końca na poważnie, bo nie chcemy mentorskim tonem uczyć Polaków, że migranci są ok. To ma być zabawa, jedzenie, spotkanie i okazja do poznania innej kultury. Planujemy bowiem program edukacyjno – kulturalny, składający się z pokazów filmów, dyskusji, warsztatów kulinarnych, a przede wszystkim spotkań z migrantami. Wierzymy bowiem, że przez kuchnię i kulinaria, można opowiedzieć te ciekawe, niekiedy bardzo trudne historie ludzi, którzy do Polski przyjeżdżają.

Trudno wam było pozyskać uchodźców do współpracy?

I tak i nie. Na pewno było bardzo duże zainteresowanie ze strony takich osób, ale cześć z nich po prostu się bała. To może być dla nich niebezpieczne, właśnie z racji wzrostu agresji wobec migrantów. Według ostatnich badań Rzecznika Praw Obywatelskich raz w tygodniu dochodzi do pobicia na tle rasowym, oni mają się więc czego bać. Druga rzecz jest taka, że nie każdy chce mówić o swoich doświadczeniach imigracyjnych, czy też doświadczeniach wojny we własnym kraju, bo często są to po prostu traumatyczne historie. Jest jednak grupa osób, które chcą mówić, skąd pochodzą, chcą dzielić się swoimi historiami. Dzięki temu udało nam się skompletować bardzo fajny międzynarodowy zespół.

Mówi się, że w Polsce nie ma uchodźców

Statystyki nie kłamią i większość uchodźców z takich krajów jak Syria jest w Europie Zachodniej. Polska przyjmuje bardzo mało uchodźców, niemniej jednak oni tutaj również są, żyją miedzy nami. Niektórzy zamieszkali w Polsce 9 lat temu, są więc już jakoś zakorzenieni, a inni dopiero niedawno przyjechali i dostali status uchodźcy, dzięki czemu mogą znaleźć lepszą pracę, bo przysługuje im więcej praw.

Czy obecnie w Polsce trudniej jest uzyskać status uchodźcy?

Tak, przez polską politykę międzynarodową i stanowisko naszego rządu, który nie chce przyjmować uchodźców. Od tego czasu osoby, które przyjechały do Polski można policzyć na palcach dwóch rąk. Pomijając oczywiście osoby z Ukrainy, które często są główną linią argumentacji przeciwników przyjmowania uchodźców. Osób z innych krajów objętych wojną, jest naprawdę bardzo niewiele.

Dużo mówi się u nas o tym, że Europa Zachodnia popełniła wiele błędów w związku ze swoją polityką imigracyjną, dlatego teraz zmaga się z terroryzmem. Jak twoim zdaniem należy przyjmować uchodźców, by nie powtórzyć błędów Francuzów czy Niemców?

Nasz pomysł jest w mikroskali i angażuje tylko garstkę uchodźców, ale jego esencję można by przenieść na większą skalę. Chodzi bowiem o to, żeby nie izolować, a integrować. Włączać uchodźców w polską społeczność, a nie spychać ich na margines. Dajmy im się z nami bawić i pracować, co pozwoli nawiązać bliższe więzi z Polakami i uniknąć problemów w postaci powstawania gett, czy marginalizacji społecznej, która prowadzi do przestępczości i innych problemów społecznych. Niestety model integracji cudzoziemców w Polsce wymaga wielu zmian, bo zamiast integracji, zapewnia właśnie marginalizację.

A co powiedziałabyś ludziom, którzy mówią, że nie chcą uchodźców, bo się po prostu boją, a bezpieczeństwo Polaków jest najważniejsze.

Nasze bezpieczeństwo jest bardzo ważne i nie rezygnowałabym z niego. Nie uważam, że należy otwierać wszystkie granice i przyjmować każdego, kto tylko chce do nas przyjechać. Z drugiej strony istnieje jakaś minimalna solidarność społeczna. Obowiązkiem nas, jako ludzi mieszkających w Polsce jest przyjąć uchodźców, którzy uciekają przed wojną. Zwłaszcza, że naprawdę mówimy o minimalnych ilościach. Rozumiem, że nie możemy w jednym momencie przyjąć dużej liczby, ale 100 osób rocznie nie przekracza naszych możliwości ani finansowych, ani adaptacji kulturowej. Większość z tych osób jest w naprawdę dużej potrzebie, to są ludzie, którzy uciekli przed wojną, opuścili swoje mieszkania, kiedy na ich miasto spadały bomby. Jak mogłabym takiej osobie odmówić możliwości zamieszkania w moim mieście?

Jak wasza inicjatywa jest odbierana przez Warszawiaków?

Na razie jesteśmy odbierani bardzo pozytywnie. Trochę się obawiamy, ale póki co przemoc pozostała w granicach Internetu i komentarzy pod artykułami o naszym projekcie. Dostajemy jednak tak wiele wsparcia od Polaków, którzy mówią, że to świetna i bardzo potrzebna inicjatywa, że równoważy ono te agresywne komentarze.

W waszym projekcie będziecie serwować przysmaki z różnych stron świata. Od czego zaczynacie?

Na początek będą to manty, czyli pierożki czeczeńskie oraz placki z Pakistanu. W dalszych planach jest kuchnia z Iranu, być może z Syrii lub Konga.
To są dania według przepisów uchodźców. Wygląda to tak, że spotykamy się razem i mówimy „ugotuj nam to, co gotujesz w domu”. Później smakujemy i nasze szefowa kuchni podpowiada, jak można udoskonalić te potrawy, bo nie wszystkie osoby świetnie radzą sobie w kuchni i potrafią mistrzowsko przygotować przepisy ze swojego kraju.

Skąd bierzecie fundusze na swój projekt?

Do tej pory nie dostaliśmy żadnego wsparcia finansowego od miasta, a mimo to udało nam się wystartować. Zrobiliśmy crowdfunding, zebraliśmy drobne fundusze od ludzi, którzy nas wspierają. Zrobiliśmy też aukcję sztuki, dzięki wsparciu artystów. Niebawem planujemy kolejną. Chcielibyśmy oczywiście współpracować z miastem, jeśli tylko będzie jakiekolwiek zainteresowanie z drugiej strony. Staramy się bowiem oferować uchodźcom godne warunki pracy, dobre wynagrodzenie, chcemy być alternatywą dla problemów ze znalezieniem zatrudnienia. Nasze założenie jest takie, żeby uchodźcy za jakiś czas mogli prowadzić ten biznes sami.

Czyli wy te osoby zatrudniacie?

Tak, oczywiście. Ludziom trzeba płacić za ich pracę. Z zebranych funduszy utworzyliśmy zespół, który zatrudniliśmy. Oni pracują, gotują i są główną częścią tego projektu. Obecnie jesteśmy też w procesie zakładania fundacji. Mamy nadzieje, że nasz projekt spotka się z zainteresowaniem Warszawiaków.

Czeczeńskich pierożków i pakistańskich placków można spróbować dziś nad Wisłą. Kuchnia Konfliktu będzie otwarta od 18.00 na Placu Zabaw.