W imię walki o ochronę przyrody można zbić fortunę. Wystarczy wykorzystać przepisy prawa, włączając się do prowadzonych przez deweloperów postępowań administracyjnych i za pomocą odwołań opóźniać działania inwestora. Ten prędzej czy później poddaje się i wspiera „ekologów” hojną darowizną, co zwykle ucina problemy. Podczas zakończonego właśnie we Wrocławiu III Kongresu Mieszkaniowego deweloperzy przyznali, że skala zjawiska jest ogromna. Wykazała to ankieta przeprowadzona w branży, w której 50 proc. pytanych przyznało się do zapłacenia organizacji hamującej inwestycję. Na podobnej zasadzie działają także niektórzy prawnicy – uzyskują pełnomocnictwa od sąsiadów planowanej inwestycji i żądają pieniędzy w zamian za gwarancję spokoju.

Najczęściej – deweloperzy twierdzą, że nagminnie – taka metoda działania stosowana jest przy postępowaniach w sprawie wydania decyzji środowiskowych czy o warunkach zabudowy, pozwoleń na budowę, które wymagają udziału czynników społecznych, czy pozwoleń wodnoprawnych. Blokada trwa do czasu, gdy inwestor ulegnie albo gdy sprawę rozstrzygnie organ administracyjny czy nawet sąd.

Ten proceder się pogłębia. Coraz więcej jest wyspecjalizowanych podmiotów, które dobrze się poruszają w przepisach i wiedzą, co zrobić, by zatrzymać decyzję administracyjną czy podważyć już wydaną – mówił Michał Sapota, prezes zarządu Murapolu. Dla niektórych jest to sposób na biznes.

Szansa na to, że deweloper zapłaci, jest duża. Angażowanie się w postępowania odwoławcze wymaga czasu, a każde pół roku wstrzymania inwestycji podraża ją o 3–5 proc. Nie każdego stać na to, by wdawać się w merytoryczny spór. Nie ma też sensu zgłaszanie takich spraw na policję czy do prokuratury, bo większość blokujących zręcznie porusza się w granicach prawa.

Sapota deklaruje, że mimo propozycji – a zdarzyło mu się usłyszeć od jednego z podmiotów, że będzie dołączał się do postępowań w sprawie każdej jego nowej inwestycji, jeśli Murapol nie zapłaci 100 tys. zł od każdej lokalizacji – dotąd się nie ugiął. – Nie zapłaciliśmy. I nie zapłacimy. Nawet kosztem tego, że realizacja inwestycji odsunie się w czasie – stwierdził. Ten brak gotowości do „współpracy” kosztował go sporo – jedna z inwestycji została wstrzymana na dwa lata.

„Preferowany sposób płatności”, jak podaje Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich (PZFD), to gotówka albo przelew jako wynagrodzenie za tzw. konsultacje środowiskowe. Jednemu ze szczecińskich deweloperów zdarzyło się wpłacić kilkadziesiąt tysięcy euro w zamian za odstąpienie organizacji od postępowania – formalnie w formie darowizny na ratowanie wydm. – Ten deweloper zwrócił się do PZFD, gdy mimo zapłacenia haraczu „ekolodzy” zapukali do niego ponownie, już pod inną nazwą – podkreślił Płochocki.

Deweloperzy zaprezentowali wykonane z ukrycia nagrania z negocjacji z organizacjami – część z nich stanowiła przedmiot śledztwa prokuratorskiego, pokazywali też składane im oferty nie do odrzucenia. W jednym z pism stowarzyszenie – nie kryjąc, jakie są jego rzeczywiste pobudki – informowało budującego, że znalazło wiele błędów w karcie informacyjnej przedsięwzięcia (sporządzana jest dla inwestycji mogącej potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko) i że zamierza zgłosić je urzędowi, „co może oznaczać przedłużenie postępowania”, jednakże „odstąpi od powyższych działań w przypadku osiągnięcia w tej sprawie porozumienia”. Zastrzegło przy tym od razu, że propozycja ma termin ważności. Brak reakcji do konkretnego dnia uzna za brak woli porozumienia, co skutkować będzie już odpowiednimi działaniami.

Okazuje się jednak, że haraczy domagają się nie tylko podmioty deklarujące się jako działające na rzecz ochrony przyrody czy środowiska. – Są różne stowarzyszenia, które na etapie uzyskiwania pozwoleń konserwatorskich zaczynają działać na podobnej zasadzie – mówił Wiesław Bielawski, wiceprezydent Gdańska.

Od wielu lat nie słyszeliśmy o tego typu sytuacjach. Żadne sygnały od deweloperów do nas również nie trafiają. Jeśli jednak faktycznie mają miejsce, inwestorzy powinni przedstawić dowody, nagłośnić nieprawidłowości, a także zgłosić takie organizacje do organów nadzorujących, by ktoś je skontrolował – mówi Robert Cyglicki, dyrektor programowy Greenpeace Polska. Przyznaje jednak, że problem jest w tym, że w Polsce organizację ekologiczną może założyć każdy. – Także ktoś ze złymi intencjami – dodaje.

Eksperci oceniają, że sytuację może poprawić tylko zmiana przepisów. Dziś inwestycje może blokować nawet stowarzyszenie zwykłe, założone choćby przez trzy osoby. Sprawy nie ułatwia również to, że od maja takie stowarzyszenia mogą przyjmować darowizny.

Pomocny w walce o ucywilizowanie zasad inwestowania w Polsce może się natomiast okazać projektowany kodeks urbanistyczno-budowlany. Zakłada on, że w przypadku budowy na terenach objętych miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego stroną postępowania jest jedynie inwestor. Przepis ten skutecznie wyłączyłby więc udział organizacji ekologicznych.