Według ustaleń do zabójstwa kobiety prawdopodobnie doszło przed tragicznym wypadkiem jej męża i trójki dzieci.

Jej ciało znaleźli w mieszkaniu policjanci, którzy przyjechali zawiadomić ją o śmierci jej bliskich.

Przeprowadzono oględziny i sekcję zwłok kobiety. W ich wyniku ustalono, że Agnieszka W. zmarła w wyniku czterech ciosów zadanych w głowę - powiedziała w środę podczas konferencji prasowej rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze Violetta Niziołek.

Dodała, że w mieszkaniu małżeństwa W. zabezpieczono narzędzie, którym prawdopodobnie został zamordowana kobieta. Kobieta według biegłych zginęła we wtorek rano, z kolei do wypadku samochodowego doszło około godziny 12.

Wczoraj przed blokiem widzieliśmy ich jeszcze razem. To była spokojna, normalna rodzina - powiedziała reporterowi RMF FM sąsiadka rodziny.

Jestem w szoku, bo znam tego pana. Spotykaliśmy się na placu zabaw, dzieci się razem bawiły. To był zawsze uśmiechnięty, wesoły człowiek - dodała inna kobieta.

Prokurator Nizołek pytana przez dziennikarzy, czy W. mógł pełnić tzw. rozszerzone samobójstwo (zabić swoich bliskich i siebie), odpowiedziała, że w prowadzonym śledztwie brane są pod uwagę różne warianty przebiegu wydarzeń. Na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Robert W. zabił swoją żonę i czy dokonał samobójstwa rozszerzonego, nie możemy wykluczyć, że zasłabł za kierownicą (…) Mamy nadzieję, że uda nam się ustalić, czy od momentu opuszczenia mieszkania przez Roberta W. wraz z dziećmi, ktoś mógł wejść do tego mieszkania i kiedy Robert W. naprawdę je opuścił – czy było to wczesnym rankiem, czy tuż przed tym, jak wsiadł do samochodu i udał się w kierunku Bogatyni - mówiła rzeczniczka.

Prokurator była pytana również o informacje pojawiające się w mediach o tym, że W. przed wypadkiem mógł zabić swoje dzieci. Nic na to nie wskazuje. Istotne dla sprawy jest to, że starsze dzieci miały przy sobie dokumenty tożsamości - powiedziała prokurator.

Śledczy badają dokładne okoliczności wypadku koło Bogatyni.

Wiadomo do tej pory, że auto, w którym zginął mężczyzna z trójką dzieci, pędziło nawet z prędkością 150 km/h. Kierowca zjechał w pewnym momencie na przeciwległy pas ruchu i zderzył się czołowo z tirem. Nie hamował, a dzieci - 6-letni Mateusz, 11-letnia Marta i 13-letni Marek - nie miały zapiętych pasów.