Sąd podważył odwołanie szefów tej placówki NATO i kazał prokuraturze wszcząć śledztwo, w którym ma zbadać czy do odwołania doszło zgodnie z prawem i obowiązującymi procedurami - powiedział tvn24.pl mecenas Antoni Kania-Sieniawski, reprezentujący byłych szefów CEK NATO.

Wcześniej Prokuratura Okręgowa w Warszawie odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie.

Od początku byłem przekonany, że wejście do CEK NATO było bezprawne. Jest to instytucja poza strukturami MON. Należy się bać rządów ministra Macierewicza i jego dworu, bo to kupa ludzi niekompetentnych albo ludzi o złej woli - skomentował Marek Biernacki z PO, były koordynator służb specjalnych.

Sąd w trakcie ustnego uzasadnienia wskazywał prokuraturze sprawdzenie m.in. czy przed odwołaniem szefów Centrum zmieniono umowę między Polską a Słowacją, która dokładnie regulowała tryb zmiany kierownictwa tej jednostki. A także dlaczego na teren jednostki weszli ludzie bez uprawnień, dlaczego zmieniono ochronę placówki z żołnierzy Służby Kontrwywiadu Wojskowego na Żandarmerię Wojskową, dlaczego pracownicy CEK NATO nie zostali dopuszczeni do swoich pomieszczeń, skoro oficjalnym powodem nocnego wejścia była inwentaryzacja - wymienia mecenas Kania-Sieniawski.

Dodaje on, że sąd chce także poznać rolę mecenasa Macieja Lwa-Mirskiego, który był w grupie, która nocą weszła do CEK NATO. Lew-Mirski od lat reprezentuje Macierewicza w różnych procesach.

To nie był ani pracownik MON ani SKW. Na jakiej zatem podstawie pojawił się w tajnej jednostce? Sąd chce, żeby sprawdziła to prokuratura - mówi Kania-Sieniawski.

Sąd zlecił także prokuraturze sprawdzenie, czy wszyscy którzy weszli na teren CEK NATO, mieli certyfikaty bezpieczeństwa.

WIĘCEJ NA TEMAT NOCNEGO WEJŚCIA DO CEK NATO TUTAJ>>>