1. Skąd taki pomysł?

Zaczęło się od portalu Avaaz. To serwis internetowy, który ma aktywizować obywateli i pomagać im wspólnie doprowadzać oddolnie do zmian. To na nim na początku grudnia znalazła się petycja mieszkańców Sopotu do władz miasta o przyjęcie sierot i rodzin z Aleppo. Równolegle powstała też nieformalna grupa mieszkańców „Trójmiasto dla Syrii” nawołująca do pomocy ofiarom wojny, zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

W odpowiedzi na te apele 19 grudnia Rada Sopotu podjęła rezolucję w sprawie pomocy dzieciom i rodzinom z Aleppo. Rezolucja ta, wraz z pismem prezydenta Jacka Karnowskiego, została przesłana do premier Szydło 21 grudnia ub.r.

2. Jaki plan miał Sopot?

Bardzo wstępny. W piśmie do premier Szydło prezydent Karnowski prosi tylko ogólnie „o pilną zgodę na podjęcie działań zmierzających do pomocy dzieciom, których życie jest zagrożone, umożliwienie im pobytu czasowego lub stałego w mieście oraz wskazanie delegowanej osoby na poziomie rządowym, która od strony formalnej poprowadziłaby proces sprowadzenia w trybie pilnym dzieci z Aleppo do Sopotu”.

W tym piśmie nie padło słowo „sierota” ani żadna konkretna liczba dotycząca sprowadzanych dzieci.

3. Dlaczego więc „10 sierot”

– Liczba ta pojawiła się już w pierwszych informacjach o rezolucji rady miasta. Dziennikarze pytali nas, ile dzieci chcemy przyjąć, i mówiliśmy, że około 10, na taką grupę jesteśmy przygotowani – tłumaczy Magdalena Jachim, rzecznika prasowa Urzędu Miasta Sopot, i przyznaje, że miasto ani nie miało, ani nie ma wybranych choćby wstępnie konkretnych dzieci, którym chciałoby pomóc. Nie określiło też, gdzie te dzieci się obecnie znajdują.

– Nawiązaliśmy kontakt z Polską Misją Medyczną, która współpracuje na stałe z dwoma szpitalami z rejonu Aleppo i która mogłaby być partnerem do wyboru najbardziej potrzebujących. Pracownicy PMM są teraz w tamtym rejonie – dodaje Jachim.

4. Co Sopot chciał konkretnie zaoferować dzieciom?

Miasto ma tylko ogólne wyliczenia i wyobrażenia o pomocy opierające się na analizach Polskiej Misji Medycznej, która oszacowała koszt 6-tygodniowego pobytu i leczenia dziecka na 20 tys. zł. – Uważamy, że kwoty te będą wyższe. Jesteśmy w stanie przeznaczyć jako miasto na ten cel do 0,5 mln zł. Na pewno także przeprowadzimy zbiórkę publiczną, mamy już deklaracje wsparcia od osób i firm – zapewnia Jachim.

Nie ma i nie było konkretnego planu, kto i w jakim zakresie miałby zająć się dziećmi, ich leczeniem i pomocą. Sopot nie ukrywa, że liczył na pomoc rządu. – Prośba o kontakt do odpowiedniego urzędnika była motywowana właśnie tym, aby to z nim omówić szczegóły – tłumaczy rzeczniczka.

5. Czy Karnowski chciał „osiedlić” Syryjczyków?

– Bezbronnym ofiarom wojny w Syrii ze swojej strony zapewnimy schronienie, żywność oraz kompleksową opiekę, w tym między innymi wsparcie psychologiczne, naukę języka polskiego i warunki do tego, by mogli godnie żyć w pokoju – tylko tyle oficjalnie obiecywał prezydent Sopotu.

6. Dlaczego rząd się nie zgodził?

Rząd polski nie podjął żadnej decyzji w tej sprawie, a pismo wysłane do prezydenta Karnowskiego zawierało jedynie opis obiektywnych trudności związanych z takim przedsięwzięciem. Nie zawiera jednak żadnej decyzji – zarzekał się na konferencji rzecznik rządu Rafał Bochenek.

W rzeczywistości pismo będące odpowiedzią na wniosek Sopotu napisane przez departament analiz i polityki migracyjnej w MSWiA nie tyle odmawia, ile zawiadamia prezydenta Karnowskiego, że „nie ma możliwości prowadzenia ewakuacji z Aleppo, będącego pod kontrolą armii rządowej ani bezpośrednio z terenów objętych konfliktem” oraz „Podjęcie ewentualnych działań w celu realizacji tej koncepcji w ramach przesiedleń z krajów trzecich wymagałoby uzgodnień z państwami w regionie Bliskiego Wschodu (...) oraz działań o charakterze międzyresortowym”.

Czyli nie była to kategoryczna odmowa, a wskazanie „właściwych i skutecznych” w ocenie MSWiA metod pomocy, głównie na miejscu w Syrii i krajach, gdzie są tamtejsi uchodźcy.

7. Po co Sopot pytał premier Szydło?

Rzeczniczka Sopotu: – Sprowadzanie czasowe lub na pobyt stały obywateli innych państw nie jest możliwe bez zgody i wsparcia rządu, szczególnie w sytuacji wojny. Samorząd może zagwarantować środki finansowe oraz zapewnić warunki do pobytu poszkodowanych dzieci, natomiast wszystkie procedury i formalności związane z przekraczaniem granicy są po stronie rządu.

– Właściwie nie ma takiej procedury ani przepisów, które można by odnieść do tej sytuacji. Jeżeli samorząd chce zaoferować pomoc humanitarną cudzoziemcowi, to podstawą do tego działania jest legalny wjazd cudzoziemca na teren Polski i jego legalne przebywanie – tłumaczy dr Paweł Dąbrowski, szef Rady ds. Uchodźców. – O tym decyduje i jedynym organem właściwym jest Straż Graniczna. Do tego stopnia, że gdyby cudzoziemskie dzieci znalazły się na przejściu granicznym np. na Okęciu, to w gestii komendanta garnizonu placówki Warszawa-Okęcie jest ich wpuszczenie lub nie. On jest tu władny i owszem opinia premier mogłaby mieć znaczenie, ale tylko polityczne – dodaje dr Dąbrowski.

I właśnie o decyzję nie administracyjną, ale polityczną chodziło prezydentowi Sopotu. Polityczną, bo akcja wymagałaby zaangażowania sporych sił. To MON musiałby odpowiadać za przetransportowanie ludzi z Syrii, a MSWiA jako zwierzchnik Straży Granicznej za procedurę uruchomienia ich pobytu w Polsce.