Były prezydent zwołał konferencję prasową, by odnieść się do opinii biegłych na temat autorstwa dokumentów znalezionych wraz z innymi aktami SB w domu zmarłego gen. Czesława Kiszczaka. Twierdzi, że sprawa jego teczki jest polityczna.

Ta teczka to nielegalna walka z Wałęsą. Chcieli zniechęcić społeczeństwo do Wałęsy i tak mnie zniszczyć – tłumaczył były prezydent na konferencji. – Podrabiano dokumenty. Myślałem, że mądrzy ludzie w IPN dojdą do tego – przekonywał.

Wałęsa, opowiadając o okolicznościach, których dotyczą ujawnione dokumenty, tłumaczył, że po stłumionym strajku w grudniu 1970 roku uznał, trzeba zmienić sposób walki z komunistyczną władzą. – Widząc, że nie mamy szansy na zwycięstwo, postanowiłem jako szef strajku zaoszczędzić tych ludzi i nie wpychać ich w walkę z góry przegraną. I dlatego rzeczywiście hamowałem głupie ataki czy wychodzenie na ulicę, bo byłem przeciwnikiem bijatyk i przegrywania. Mogłem postąpić tak jak w powstaniu warszawskim – wykrwawić naród, ale ja lubię zwyciężać, a nie mordować swoich ludzi (..) W związku z tym postanowiłem, że będę rozmawiał. Będę – możecie nawet powiedzieć – współpracował, ale nie zasadzie zdrady, poddania się, opowiedzenia się po stronie komunistów – podkreślił Wałęsa.

Wałęsa opowiadał, jak przebiegało przesłuchanie po jednym z zatrzymań. – Wszystko wyśpiewałem, bo ja nie miałem nic złego – nie biłem się, nie kradłem – ale to nie były donosy. Walczyłem z otwartą przyłbicą, mówiłem co mi się nie podoba, tak byłem bezczelny (...) Mnie nikt nigdy nie złamał i nie złamie – mówił.

Kategorycznie zaprzeczył, że brał jakiekolwiek pieniądze od SB. – Nie miałem nic z tym wspólnego, żadnych pieniędzy – podkreślił.

Były dwie teczki pod nazwą "Bolek": jedna ta legalna – która prowadziła do tego, żeby mnie postawić przed sądem, a finał miał być, że jestem szpiegiem amerykańskim. Taki finał proponowała tamta strona – te dokumenty sto procent, 100 tomów zostało zniszczonych w Świeciu. I była druga teczka, którą teraz tu pokazują. Ta teczka to była "nielegalna walka z Wałęsą", a polegało to na tym, że zbierano, podrabiano różne papiery. I – nie mogąc pokonać Wałęsy – próbowano zniechęcić społeczeństwo do Wałęsy jako agenta i donosiciela – powiedział były prezydent.

Zastrzegł również, że podpisywał po przesłuchaniu to samo, co inne osoby. Podpisywałem wszystko to, co inni podpisywali, a więc "sznurówki oddajemy". Jeden tekst był tylko niebezpieczny, że nie powiem nic, co było na przesłuchaniu. To były standardowe papiery dla wszystkich takie same. W tamtym czasie oni byli tak butni, że nie zaproponowali mi współpracy. Ja byłem nawet trochę obrażony. Ale oni mieli tak dobrych, mądrych i wykształconych ludzi, że robotnik taki jak ja nie był im potrzebny (...) Ja chciałem ich nawracać i dlatego rozmowy moje były w tym kierunku. Walczyłem bowiem z systemem, a nie z ludźmi mówił.

Mnie ubliżają w wolnej Polsce. Zniszczyli Solidarność przez takie gadki, że zdrajcy byli na czele. Zniszczyli nasz wielki dorobek. I są to albo głupcy i szaleńcy albo zdrajcy i rzeczywiście agenci, którym zależy, żeby zniszczyć polski dorobek stwierdził Wałęsa.

Były prezydent tłumaczył, że donosy TW "Bolka", analizowane przez grafologów, zostały napisane przez funkcjonariuszy SB na podstawie podsłuchów założonych w miejscach, gdzie przebywali robotnicy. – Te podsłuchy tak przepisane są bardzo podobne do donosów. I te podsłuchy generał Kiszczak wykorzystywał kserami, wysyłając je różnym ludziom, w tym pani Walentynowicz. Tak próbowano mnie złamać, zastraszyć, ale nie dałem się złamać, nie dałem się przekupić dodał.

Następnie według Wałęsy treść posłuchów była wykorzystywana podczas przesłuchań w taki sposób, żeby przesłuchiwani zaczęli się wzajemnie podejrzewać o donosicielstwo. – Doprowadzono nas do takiej sytuacji, że wszyscy się podejrzewaliśmy – ja podejrzewałem wszystkich kolegów, z którymi rozmawiałem, a oni podejrzewali mnie. I do dziś tak się podejrzewamy. Tym sposobem rozwalono w tamtym czasie, w latach 70. naszą solidarność ocenił.

Pełnomocnicy prawni Lecha Wałęsy podkreślają, że weryfikacja teczki znalezionej w tak zwanej szafie Kiszczaka jeszcze nie dobiegła końca oraz że będą zlecać odrębną, własną opinię grafologiczną do tej sprawy.

Ja mogę postawić stu grafologów, którzy powiedzą odwrotnie – skomentował Lech Wałęsa, odnosząc się do kwestii autentyczności własnego podpisu na zobowiązaniu i pod pokwitowaniem odbioru pieniędzy od oficera Służby Bezpieczeństwa.