Rząd poczuł się odpowiedzialny za organizację i nadzór nad repatriacjami i zapisał to w nowelizacji jednoznacznie. – Dziś repatriacja jest możliwa, o ile znajdą się samorządy, które zaproszą i wezmą na utrzymanie repatriowaną rodzinę. Ten model był nieskuteczny i został fatalnie oceniany przez Najwyższą Izbę Kontroli – mówi DGP minister Henryk Kowalczyk, który przygotował projekt.

Zmieni się także definicja repatrianta. Nowa obejmie osoby przesiedlone do azjatyckiej części ZSRR bądź ich potomków, ale również małżonków. To fundamentalna zmiana, gdyż do tej pory jeśli małżonkowie repatriantów nie posiadali polskich korzeni, to chcąc osiąść w Polsce, podlegali przepisom o cudzoziemcach i musieli ubiegać się o pozwolenie na pobyt stały. Jeśli go nie otrzymali, byli pozbawiani prawa do emerytury i świadczeń zdrowotnych.

Kolejną istotną zmianą ma być wsparcie przybyszów w osiedleniu się w Polsce. Do tej pory repatriant mógł otrzymać wizę, o ile miał zapewnione w Polsce mieszkanie, co na ogół sprowadzało się do przedstawienia uchwały rady gminy, która zobowiązywała się do zapewnienia lokum. W nowelizacji pomoc w osiedlaniu jest w znaczący sposób rozbudowywana, a pieniądze na ten cel wyłoży budżet państwa. Repatriant będzie mógł się ubiegać o 10-letnią dopłatę do czynszu. Docelowo repatrianci mają być objęci także programem Mieszkanie plus. Minister Henryk Kowalczyk mówi, że wartość tych dopłat w praktyce wyniesie do 25 tys. zł na osobę w rodzinie repatrianta. Do tego, jeśli taka osoba otrzyma mieszkanie na własność w ramach darowizny, ma być zwolniona z podatku w tym zakresie. Poza tym zostaną zachowane obecne formy pomocy, jak pokrycie kosztów transportu czy pieniądze na zagospodarowanie się oraz remont mieszkania. Ci, którzy nie mają szans na samodzielne zamieszkanie zaraz po przyjeździe, mogą trafić na rok do ośrodków adaptacyjnych. To także novum wprowadzone ustawą.

Autorzy projektu zakładają, że dzięki nowym rozwiązaniom rocznie do kraju może wracać średnio ok. 1 tys. osób. W ciągu pierwszych trzech lat działania nowej ustawy miałoby przyjechać około 3,7 tys. – to osoby (i ich rodziny), które dostały już przyrzeczenie wydania wizy w celu repatriacji. W kolejnej fali (w latach 2020–2026) przyjazdem może być zainteresowanych ok. 10 tys. osób. Koszt nowego programu repatriacji ma wynosić 30–40 mln zł rocznie.

Największym wydatkiem ma być utrzymanie ośrodków adaptacyjnych. W pierwszej fazie programu – w latach 2017–2019 – roczny koszt utrzymania ośrodków ma wynosić 18,4 mln zł. Wyliczenia sporządzono na podstawie średniego dziennego kosztu zakwaterowania i wyżywienia uchodźcy. Według wyników przetargu przeprowadzonego przez Urząd do Spraw Cudzoziemców może on wynosić 50 zł na osobę. Po 2019 r. roczne wydatki na ośrodki mają być mniejsze, rzędu 15,5 mln zł rocznie. Bo przyjeżdżających w drugiej fali repatriacji ma być mniej niż na początku działania ustawy.

Drugim istotnym kosztem ma być sfinansowanie kursów językowych i aktywizacji zawodowej. W 2017 r. budżet na to miałby wynieść 7 mln zł. W kolejnych latach 8,5 mln zł (do 2020 r.) i 6,9 mln zł (do 2026 r.). Zależeć to będzie od liczby wracających do kraju. Podobnie jak wartość jednorazowej pomocy finansowej, którą mają uzyskiwać repatrianci po przyjeździe. To pieniądze wypłacane z budżetu na pomoc w zagospodarowaniu, ale prawo do nich będą mieli tylko ci, którym nie będzie przysługiwać miejsce w ośrodku adaptacyjnym. Rocznie rząd ma na ten cel przeznaczać około 3 mln zł. Kolejne 1,7 mln zł mają kosztować budżetowe dopłaty do czynszów. To kwota, jaka zostanie wydana w 2018 r. Potem z każdym rokiem ma rosnąć i w 2026 r. będzie to już 16 mln zł. Dopłaty będą się należeć osobom opuszczającym ośrodki adaptacyjne, a ich wzrost z roku na rok wynika z założenia, że repatrianci stopniowo będą opuszczać te ośrodki.

Ci, którzy będą w nich mieszkać i nie będą pracować, zyskają prawo do miesięcznego zasiłku w wysokości 200 zł. Autorzy projektu szacują, że w latach 2018–2020 będzie to kosztować 2,6 mln zł, potem – do 2026 r. – kolejne 2 mln zł rocznie.