Na pamiątkowym zdjęciu z 1999 r. uwieczniono szefa dyplomacji Bronisława Geremka i sekretarz stanu USA Madeleine Albright. 12 marca w amerykańskim mieście Independence minister spraw zagranicznych przekazał akt przystąpienia Polski do Traktatu Północnoatlantyckiego i wówczas nasz kraj stał się członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. W najbliższą niedzielę Wojsko Polskie uzyska „natowską” pełnoletniość. Choć trudno uznać, że w 1999 r. było w powijakach, to jednak przemiany, jakie zaszły przez te 18 lat, śmiało można porównać do dojrzewania młodego człowieka.

By uświadomić sobie ogrom zmian: zaledwie 10 lat przed przystąpieniem do NATO krajem rządził Wojciech Jaruzelski, a w 1994 r. doszło do niesławnego obiadu drawskiego, podczas którego generałowie zachęceni przez prezydenta Lecha Wałęsę zażądali odwołania ministra obrony Piotra Kołodziejczyka. Wtedy cywilna kontrola nad armią nie była tak oczywista, jak jest teraz. Ale co istotne, wśród zdecydowanej większości ówczesnych elit politycznych Rzeczypospolitej panował konsensus, że powinniśmy wstąpić do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Od 1995 r. Polska była w natowskim programie „Partnerstwo dla Pokoju”, w ramach którego m.in. ćwiczyliśmy z obecnymi sojusznikami.

Gdy 16 marca 1999 r. przed kwaterą główną Paktu w Brukseli wciągano na maszt biało-czerwoną flagę, organizacja liczyła zaledwie 19 członków (wraz z nami wstąpili Czesi i Węgrzy), a Zachód żył w czasach sielanki. – To był jeszcze okres strategicznego optymizmu. Bezpieczeństwo w Europie opierało się na założeniu, że uda się wypracować partnerstwo z Rosją. Że Zachód nie będzie przez nią postrzegany jako zagrożenie – mówi Wojciech Lorenz, analityk ds. bezpieczeństwa w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. – Większość państw Zachodu uznała, że rozszerzenie jest w ich strategicznym interesie. Dwa lata wcześniej przyjęto deklarację (Akt Założycielski NATO – Rosja), że Sojusz powstrzyma się od rozmieszczania stałych znaczących sił bojowych na terenie państw nowych członków.

Jednak sielanka szybko się skończyła, a racja bytu tezy o końcu historii spopularyzowana przez Francisa Fukuyamę zdezaktualizowała się. O ile jeszcze w 2000 r., gdy prezydentem Rosji został Władimir Putin, trudno się było spodziewać tego, co nastąpi, o tyle już 11 września 2001 r., gdy Al-Kaida zaatakowała wieże World Trade Center, w geopolityce nastąpiło trzęsienie ziemi, a wkrótce potem największe mocarstwo świata ruszyło na wojny do Afganistanu i Iraku. Polska również. Na początku nieśmiało, później z coraz większym zaangażowaniem.

Trudny czas dojrzewania

Gdy wstępowaliśmy do NATO, mieliśmy armię, w której na etacie było prawie 226 tys. stanowisk wojskowych, z czego faktycznie tylko 198,5 tys. obsadzonych” – pisał szef Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor w kwartalniku „Bellona” w 2009 r. Większość żołnierzy była z poboru, z każdego rocznika trafiało do armii ok. 20 proc. młodych mężczyzn (60 tys.). Wielu z nich wcale nie chciało iść „w kamasze”, lecz nie potrafili się od tego przykrego dla nich obowiązku wykręcić – czy to przez dalszą naukę, czy przez „udowodnienie” nieodpowiedniego stanu zdrowia. Pobór, choć zapewniał dużą liczbę żołnierzy, niósł ze sobą również tak negatywne zjawiska jak fala, katowanie młodych żołnierzy przez starszych. Dziś nie ma to miejsca.

Obecnie armia liczy 99 tys. zawodowych żołnierzy. Zaciągnęli się, bo chcą służyć i, oczywiście, zarabiać – a wojsko jest stabilnym pracodawcą, który nieźle płaci. Na tyle dobrze, że chętnych do włożenia munduru nie brakuje. Z drugiej strony służba jest mniej uciążliwa – żołnierze w jednostkach przebywają do godz. 15. Po tej godzinie bramy jednostek przypominają te w fabrykach, gdy kończy się zmiana. – Dziś ważnym miejscem w funkcjonowaniu jednostki jest parking. Żołnierze muszą mieć gdzie postawić auto, by po pracy móc szybko wrócić do domów – mówi z przekąsem pewien pułkownik.

Warto także wspomnieć o tym, że przez 18 lat przywrócono właściwe proporcje w liczebności oficerów i szeregowców. W czasach PRL była nadreprezentacja tych pierwszych, dziś na jednego generała przypada nieco ponad tysiąc żołnierzy – to porównywalne z armiami sojuszników. Tym, co się również zmieniło i być może miało wpływ na złagodzenie obyczajów, jest znacznie większa liczba kobiet w służbie. Jest ich prawie 5 tys., sprawują coraz bardziej istotne funkcje, mamy już komandor dowodzącą okrętem. A w momencie przystępowania do NATO było ich w armii dokładnie 238. Czyli w dwa razy liczniejszym wojsku ponad 20 razy mniej.

Zmieniło się też uzbrojenie. Gdy po przebudzeniu historii nasza armia ruszyła do Iraku, żołnierze szukali na złomowiskach metalowych elementów, by wzmocnić nimi pancerze pojazdów. Dziś byłoby to nie do pomyślenia, bo Wojsko Polskie ma ponad 600 transporterów opancerzonych Rosomak. Kupiliśmy też m.in. 48 samolotów F-16, pozyskaliśmy również używane czołgi Leopard oraz wiele innego, mniej spektakularnego sprzętu dla armii. Symbolicznie, nieco koloryzując postęp w tej kwestii, można opisać to tak: w momencie przystępowania do Sojuszu poborowy w opinaczach (dawne buty wojskowe) biegał w orzeszku (hełm z czasów PRL) i z kałachem w ręku. Dziś jest to żołnierz zawodowy z hełmem z kevlaru i karabinem Beryl. I choć wojskowi dalej narzekają na obuwie, wciąż trzeba kupować nowocześniejszy sprzęt dla wojsk lądowych i sił powietrznych, a Marynarka Wojenna jest w zapaści, to jednak pod względem wyposażenia jest nieporównywanie lepiej

Oczywiście nie samym sprzętem wojsko żyje. – To, czego się nauczyliśmy w Sojuszu, to sposób podejścia do procedur. Są jednolite i przyjęte przez wszystkich członków, dzięki czemu każdy wie, co ma robić. Zaakceptowaliśmy także natowską myśl wojskową. Rosjanie zawsze uderzali w sposób szybki i dla nich straty w ludziach nie miały znaczenia. Dla nas mają. W NATO żołnierz jest podmiotem, nie przedmiotem – tłumaczy gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych, który w Iraku dowodził Wielonarodową Dywizją Centrum-Południe. – Bardzo ważna jest również interoperacyjność. Armie państw Sojuszu mogą wprowadzać własne rozwiązania, ale one muszą być kompatybilne – dodaje. Chodzi np. o to, by amunicja do uzbrojenia miała ten sam kaliber.

Kiedy Sojusz prowadził walkę z dżihadystami, biorące w akcji udział Wojsko Polskie zbierało doświadczenia. – Gdy wstępowaliśmy do Sojuszu, spośród wysokich rangą generałów po angielsku mówiło zaledwie trzech i mieli oni przeszłość mocno związaną ze służbami PRL – mówił mi kiedyś jeden z polskich pracowników NATO. Dziś operowanie angielskim z uwzględnianiem natowskiej nowomowy jest dla wielu naszych dowódców rzeczą codzienną. Służba „w strukturach” wygląda w CV bardzo dobrze, bez niej karierę robi się trudniej. To nie znaczy, że wszyscy nasi generałowie mówią płynnie po angielsku – wielu wciąż duka z akcentem, którego rodowity Anglik może nie zrozumieć, ale jest znacznie lepiej, niż było kilkanaście lat temu.

Ale dorastanie to proces trudny. Armia przerobiła go w sprawie wypadku w Nangar Khel w Afganistanie, gdzie w wyniku ostrzału prowadzonego przez naszych żołnierzy zginęło sześciu cywili afgańskich, a trzech zostało rannych. Proces ciągnął się prawie 10 lat i ostatecznie rok temu sąd stwierdził, że żołnierze nie są winni zbrodni wojennej, choć popełnili przestępstwa, m.in. wykonania rozkazu niezgodnie z treścią. Trzech z czterech oskarżonych zostało skazanych na kary więzienia w zawieszeniu. Mieliśmy także aferę bakszyszową, gdzie żołnierze kradli pieniądze przeznaczone na odbudowę Iraku.

Wyzwania życia dorosłego

Czas strategicznego optymizmu zmienił się w czas podwyższonego ryzyka nie tylko przez rozkwit terroryzmu muzułmańskich fanatyków z Al-Kaidy, a później Państwa Islamskiego. Z naszego punktu widzenia egzystencjalne zagrożenie stanowi mocarstwowa polityka Rosji. W 2008 r. wojna w Gruzji była tylko przedsmakiem tego, co w 2014 r. zdarzyło się na Ukrainie. Z tym, że rosyjska armia wyciągnęła wnioski z niezbyt udanego sprawdzianu na Kaukazie i na Krym przyjechała znacznie lepiej przygotowana. Sojusz to dostrzegł. Dziś organizacja licząca 28 członków (Czarnogóra jest w procesie przyjmowania, ostatnie państwa członkowskie ratyfikują dokumenty) jasno dostrzega zagrożenia płynące ze Wschodu. Potwierdzeniem tego były postanowienia ostatniego szczytu organizacji w Warszawie, kiedy to sojusznicy zdecydowali się m.in. na wzmocnienie wschodniej flanki w cztery batalionowe grupy bojowe, z których jedna stacjonuje w okolicach Orzysza.

W ostatnim roku doszło także do przełamania trendu obcinania wydatków na obronność. To głównie efekt działalności Rosji, który został wsparty ostrzejszą retoryką administracji USA w kwestii zbyt małych nakładów ponoszonych przez Europejczyków z NATO na wspólną obronę. Tak więc wieloletnie zmniejszanie budżetów i pozbywanie się zdolności do obrony własnego terytorium na rzecz rozbudowywania możliwości prowadzenia działań ekspedycyjnych (operacje w Afganistanie czy Iraku) wydają się wśród członków Sojuszu kończyć. Co nie zmienia faktu, że poszczególne kraje zupełnie inaczej widzą główne zagrożenie. Dla państw naszego regionu jest to Rosja. Dla południa Europy niestabilność na Bliskim Wschodzie i w Afryce (Irak, Syria, Libia). Z kolei dla globalnego gracza, jakim są Stany Zjednoczone, znacznie bardziej istotny wydaje się rejon Azji Południowo-Wschodniej. O ile do upadku ZSRR przeznaczenie i rola Sojuszu były jasne, o tyle dziś wciąż nie został zakończony swego rodzaju okres reorganizacji i wymyślania się na nowo.

Tymczasem Polska w Sojuszu wydaje się mieć najlepsze notowania za sobą. Choć Amerykanie, którzy odpowiadają za większą część wydatków całej organizacji, dostrzegli i pozytywnie ocenili nasze zaangażowanie w Iraku i Afganistanie, i wydaje się, że cenią sobie współpracę z Wojskiem Polskim na równi z innymi sojusznikami, to już nasze minimalne zaangażowanie w wojnie z Państwem Islamskim (wysłaliśmy cztery samoloty F-16 i ok. 60 żołnierzy sił specjalnych) oraz zupełny brak inicjatywy w Libii nie zostały odebrane pozytywnie. – Polska zaczyna być postrzegana jako państwo transakcyjne – mówi jeden z naszych rozmówców znający kulisy działania organizacji. – A to może mieć fatalne konsekwencje, jeśli inne, znacznie silniejsze państwa również zaczną nas traktować w ten sposób – stwierdza. Inną kwestią jest to, że także nasza ostra retoryka wobec Rosji nie jest w Sojuszu dobrze postrzegana. Choć zagrożenie na Wschodzie zostało zauważone i powoli te tryby wojskowe są przestawiane na inne postrzeganie Kremla, to nikt roztropny w państwach Sojuszu nie chce dolewać oliwy do ognia. A polscy politycy najwyraźniej o tym zapominają.

Tak więc, mimo że nasz 18-latek rozwija się nam prawidłowo, to jednak otoczenie, w jakim dorasta, zmieniło się radykalnie na jego niekorzyść. Wypada mieć nadzieję, że Wojsko Polskie swojego egzaminu dojrzałości nie będzie musiało zdawać już w najbliższych latach.

Choć NATO dostrzegło zagrożenie na Wschodzie i zaczyna inaczej postrzegać Kreml, to nikt roztropny w państwach Sojuszu nie chce dolewać oliwy do ognia. A polscy politycy najwyraźniej o tym zapominają