2002 rok, pierwsze dni września. Kobieta przejeżdżająca drogą prowadzącą ze Starej Wisły do Lisewa Malborskiego spostrzega leżący przy poboczu rower. Podejrzewa, że ktoś potrącił rowerzystę i zbiegł, dlatego zatrzymuje się i wtedy go zauważa. Zakrwawiony chłopiec nie daje znaków życia, jego ciało jest jeszcze ciepłe. Zabójca musiał zaatakował szybko, brutalnie i równie błyskawicznie się ulotnić. Późniejsze śledztwo wykazało, że najpierw poprosił nieświadomego zagrożenia chłopca o pomoc przy naprawie roweru, a potem chwycił za nadgarstek, przyciągnął do siebie i zadał kilka ciosów nożem w brzuch i klatkę piersiową. Próbował też poderżnąć mu gardło, ale tępy nóż się do tego nie nadawał. Mężczyzna wbił więc ostrze w szyję chłopca i uciekł.

To jedna ze zbrodni opisanych przez dziennikarza Tomasza Kina w książce „Bez przedawnienia”. Szereg śledztw, które nie miały szans na rozwiązanie, mogło zakończyć się sukcesem tylko dzięki pracy garstki najlepszych policjantów w kraju. Potocznie mówi się o nich, że tworzą Archiwum X, oficjalnie to Zespoły do spraw Niewykrytych. Działają przy komendach wojewódzkich.

Zbrodni niewyjaśnionych jest w Polsce około dziewięciuset. Tomasz Kin skupia się na tych najgłośniejszych zagadkach, które udało się rozwikłać często po wielu latach. Tak jak zabójstwo 10-letniego chłopca z Lisewa Malborskiego wracającego na rowerze do domu.

Sprawa wydawała się jasna od samego początku. Policja wytypowała podejrzanego z sąsiedniej wsi, nie w pełni sprawnego umysłowo Tomasza Kułaczewskiego. Decyzje o aresztowaniu i postawieniu zarzutów ułatwił fakt, że mężczyzna wziął winę na siebie. Chociaż na miejscu zbrodni nie znaleziono żadnych materiałów daktyloskopijnych ani biologicznych, które wskazywałyby na jego winę, prokurator „umiejętnie pokierował aktem oskarżenia”, jak pisze Kin. Biegli również stanęli po stronie oskarżenia. Kułaczewski w listopadzie 2003 roku trafił do więzienia. Wyrok: 15 lat pozbawienia wolności.

Dwa lata później, jesienią 2005 roku rolnik jadący traktorem zwrócił uwagę na mężczyznę z dłuższymi włosami związanymi w kitkę wybiegającego ze zrujnowanego budynku niedaleko Łęgowa, opodal pobliskiej rzeki. Zaniepokojony rolnik postanowił sprawdzić, przed czym uciekał mężczyzna. W ruinach znalazł obnażone od pasa w górę ciało 11-letniego Sebastiana. Chłopiec miał liczne rany kłute i przeciętą krtań. Zaalarmowana policja szybko rozpytała świadków, ustaliła rysopis mordercy i rozpoczęła się obława. Zabójca próbował się wymknąć, ale wpadł na dworcu w Tczewie. W plecaku miał dwa zakrwawione noże. Nazywał się Piotr Trojak.

Co ciekawe, policjanci początkowo nie zdawali sobie sprawy, że schwytali zabójcę również 10-letniego Marcina. Dopiero sam Trojak przyznał się do morderstwa popełnionego trzy lata wcześniej. Niesłusznie skazany Kułaczewski wyszedł więc na wolność, a Trojak – początkowo współpracujący w śledztwie i opowiadający o szczegółach pierwszej zbrodni – niespodziewanie odwołał swoje zeznania i jak stwierdził, był jedynie świadkiem morderstwa, widział sprawcę i bał się zareagować. Brakowało dowodów i świadków, którzy mogliby podważyć te tłumaczenia. Morderstwo pozostawało niewyjaśnione, prokurator nie zdecydował się oskarżyć Piotra Trojaka.

Gdyby nie pewien uparty policjant, który dziewięć lat po zabójstwie w Lisewie zajął się tą sprawą, sprawca prawdopodobnie nigdy by nie poniósł za tę zbrodnię odpowiedzialności. Policjant w 2005 roku zabezpieczał miejsce popełnienia przestępstwa w Łęgowie, a w roku 2011 rozpoczął pracę w Archiwum X. Jego upór wydawał się z góry skazany na porażkę, ponieważ nóż, którym dokonano zbrodni w 2002 roku, został zniszczony na polecenie sądu, a rower, którego dotykał morderca, oddano rodzicom 10-letniego Marcina. Punktem zaczepienia okazał się... sznurek, którym zabójca okręcił nóż. Znaleziona w domu Trojaka linka do rozwieszania bielizny porównana ze sznurkiem na zdjęciach narzędzia zbrodni okazała się identyczna. Policjant dokładnie przeanalizował też zeznania świadków, którzy widzieli mężczyznę na rowerze tego dnia, kiedy zamordowano chłopca z Lisewa i przeprowadził eksperyment potwierdzający, że Trojak miał wystarczająco dużo czasu, by dokonać zabójstwa i wrócić trasą, o której opowiadali świadkowie. Zabójca pękł jednak dopiero wtedy, gdy psycholodzy potwierdzili, że oba morderstwa dokonała ta sama osoba, a wznowione śledztwo nabrało tempa.

Jak wyjaśnia Tomasz Kin, błędy popełnione przy pierwszym śledztwie uniemożliwiły wcześniejsze schwytanie Piotra Trojaka. Był on bowiem – co wynikało z ocen biegłych – typowym seryjnym mordercą seksualnym, który po pierwszym zabójstwie wyciszył się na jakiś czas. Gdyby za kraty nie trafił niewinny i skazany na podstawie poszlak niepełnosprawny mężczyzna, gdyby prokuratorzy podeszli do sprawy z większą wnikliwością i rezerwą, być może 11-letni Sebastian z Łęgowa nie straciłby życia.

Kin, opisując sprawy z pozoru nierozwiązywalne, używa ich jako tło do pokazania pracy śledczych oraz metod, dzięki którym nawet po kilkudziesięciu latach policjantom z Archiwum X udaje się dopaść zabójców. Albo i nie udaje. Kin sięga do najróżniejszych zagadek, nad którymi głowili się funkcjonariusze. To między innymi nierozwiązana do dziś sprawa serii zabójstw homoseksualistów w Łodzi, mająca swój początek w 1988 roku, to również rabunki i morderstwa kobiet w Chorzowie w 1980 i 1989 roku, to także tajemnicze zaginięcie dziewczyny w ciąży, gdzie rozwiązanie skrywało jedno z miejsc w pobliżu wału przeciwpowodziowego pod Warszawą. Policjanci ze stołecznego wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw, dzięki własnemu uporowi i wyobraźni młodej prokuratorki z Nowego Dworu Mazowieckiego, doprowadzili sprawę do końca – pisze Kin.

Funkcjonariusze, z którymi rozmawia, przy okazji dzielą się z nie tylko szczegółami z ich „kuchni”, lecz również wiedzą na temat zachowań morderców. Niektórzy anonimowo, inni pod nazwiskiem.

Sprawca kryminalny, który idzie zabić, nie korzysta z internetu – opowiada o jednej ze spraw Marek Dyjasz, analityk i były dyrektor Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji. – Może czasem, żeby się doszkolić: czym zabić, jak pozbyć się ciała. Takie poszukiwania zawsze pozostawiają ślad. Pamiętam taką sprawę z Warszawy. Młody chłopak przyjechał do miasta z Pomorza i zatrudnił się jako akwizytor w firmie sprzedającej okna. Zbierał oferty i próbował znaleźć nowych klientów. Niestety, trafił na mordercę. Do zabójstwa doszło na Woli. Doszliśmy do sprawcy po trzech miesiącach. Musieliśmy odtworzyć całą historię pobytu tego chłopaka w Warszawie. Był tu tak krótko, że nie zdążył nawet nawiązać kontaktów towarzyskich. Dlatego nie wiedzieliśmy, czy był ostrożny, jakie miał nawyki, czy lubił swoją pracę. Udało nam się namierzyć faceta, który części ciała wyrzucał w Lesie Bielańskim i parku Sowińskiego. Woził je rowerem owinięte w gazetę. Gdy nikt nie widział, rzucał rękę albo nogę w krzaki. Kiedy ludzie zaczęli znajdować te fragmenty, zastanawialiśmy się, czy jest to jedno ciało. Badania szybko to potwierdziły. Zatrzymaliśmy podejrzanego, który po czasie przyznał się do zabójstwa. Okazało się, że zwłoki chłopaka rozczłonkował u siebie w wannie. Kiedy zrobiliśmy przeszukanie, technik zabezpieczył w kolanku odpływowym ślady mięśni ludzkich. Skąd sprawca wiedział, jak rozczłonkować ciało? Z książki medycznej, którą miał w biblioteczce. Najbardziej zużyte były kartki w części poświęconej tkankom miękkim. Kiedy książkę kładło się na stole, otwierała się dokładnie w tym miejscu. Zabójca został skazany tylko za jedno zabójstwo, choć mieliśmy podejrzenie, że wcześniej zabił jeszcze kobietę. Zaginęła w rejonie, gdzie mieszkał i prawdopodobnie miał z nią jakiś kontakt. Dlatego choć wydaje się, że przestępcy mają dziś łatwiej, szybciej mogą popełnić błąd.

Ale mimo ogromnego postępu w dziedzinie kryminalistyki, mimo nowych metod, po które sięgają śledczy, często muszą godzić się z klęską. – Policjant może mieć pewność, kto jest winny, ale jeśli nie jest w stanie tego udowodnić, zebrać wystarczająco dużo obciążających dowodów, polegnie – przyznaje w rozmowie z Tomaszem Kinem detektyw z Archiwum X w Katowicach. – Mogę opowiedzieć o dwóch zbrodniach doskonałych. Wiemy, kto się ich dopuścił, ale winni nie ponieśli żadnej odpowiedzialności karnej. Jeden przestępca został uniewinniony przez sąd, drugi nie był nawet zatrzymany, bo prokurator nie wyczuł momentu, w którym można byłoby to zrobić. Obecnie jest już to niemożliwe, bo sprawa się przedawniła – podkreśla i dodaje, że porażki można też przekuć w sukces, na przykład mocniej przykładając się do kolejnego śledztwa. Policjant z Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji jej istotę zawiera w dwóch zdaniach:

„Żeby policjant nigdy nie odpuszczał. Kiedy to zrobi, jest już pozamiatane”.

Tomasz Kin, „Bez przedawnienia”, Wydawnictwo Ringier Axel Springer Polska, Warszawa 2017