Nauczyciele zrobili błąd. Jeśli raz się ugięli i za darmo robią to, za co powinni im płacić, to nie zobaczą już pieniędzy. Samorządy, jeśli chodzi o oszczędzanie na dzieciach z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, bywają bardzo kreatywne – ocenia ekspertka stowarzyszenia Nie-Grzeczne Dzieci.

Wójt ma kłopot: dokłada do oświaty 1,3 mln zł rocznie, gmina jest zadłużona, wszyscy się go czepiają. Dyrektor szkoły ma problem: wie, że zgodnie z prawem powinien zatrudnić nauczyciela wspomagającego, ale nie ma za co. Nauczyciele zaciskają zęby: darmo robią to, za powinni im płacić. Rodzice są rozgoryczeni: na ich dzieci gmina dostaje dziesięć razy tyle, co na innych uczniów, po ponad 50 tys. zł na głowę rocznie. I chowa te pieniądze do kieszeni.

Paweł i Beniamin nie wypowiadają się. Żyją w innym świecie. Jak to autyk z aspergerem. Ale dobrze by było, żeby w tym swoim świecie nie pozostali.

Historia się przewala

Boćwinka to malutka wioska – wszystkiego 200 mieszkańców. Turyści jadący do wakacyjnej wsi Kruklanki mogą nawet nie zauważyć, że mijają miejscowość o nazwie kojarzącej się z zupą gotowaną na młodych burakach z nacią. Ale też po prawdzie nie ma w niej niczego szczególnie ciekawego – trochę domów, trochę pól obrabianych przez sfatygowane kombajny, jakieś bobrowe żeremia, jakaś agroturystyka.

Historia Boćwinki także nie jest szczególnie porywająca – w połowie XVI w. w ramach kolonizacji Prus Książęcych Jan Pusz (Pusch) sprzedał trochę ziemi niejakiemu Łukaszowi Lipińskiemu z powiatu piskiego, który miał założyć na niej wieś i pomagać w urządzaniu polowań. Ten ściągał osadników – głównie protestantów, katolików oraz starocerkiewnych. Historia się toczyła, Boćwinka zwana wówczas Neu Freudenthal, rozrastała się, rodziły się dzieci. Punkty zwrotne: epidemia dżumy, jaka po III wojnie północnej w okolicach 1710 r. nawiedziła te tereny, sprawiła, że liczba mieszkańców zmniejszyła się o połowę (zmarły 103 osoby), zapanował głód, nie miał kto obrabiać pól. W walce z epidemią nie pomagało nawet odkopywanie trupów, odrąbywanie im głów, wsadzanie pod pachę i ponowne zakopywanie. Ale ludzie żyjący tutaj są twardzi. Były następne wojny, a oni trwali. W 1857 r. było ich 297 dusz. Sześćdziesiąt osiem lat później już 315 osób. Za osiem lat populacja się powiększa o kolejne 11 głów. Potem populacja Boćwinki tylko spadała. Ale należy przyznać, że niezależnie od historycznych kolein, w jakie wpadała wioska, jej lokalni włodarze dbali o oświatę. Pierwsza szkoła w Boćwince, na 72 uczniów, wyrosła w 1817 r., tym samym, kiedy w odległym o 600 km Lwowie założono Ossolineum, a Uniwersytet Krakowski (podobna odległość) został przemianowany na Jagielloński.

Jeśli, szanowni czytelnicy, przebrnęliście przez ten długi wstęp, powstrzymam się z kolejnymi datami, byście nie pomyśleli, iż zwariowałam. Bo można by w nieskończoność mnożyć rocznice, pokazywać historyczne konotacje, sugerować zależności. Co nie zmienia faktu, że nawet w najmniejszej wiosce, jak choćby Boćwinka, żyją ludzie. Z korzeniami niemieckimi, polskimi, ukraińskimi, plączącymi się ze sobą – typowe wschodnioeuropejskie kundle. Mają problemy, wychowują dzieci, wiążą z nimi ambicje i marzenia. Historia się przetacza, przechodzą fronty, mijają I i II wojna światowa, po każdym z tych kataklizmów życie wraca do normy, rodzą się dzieci. I funkcjonuje szkoła. Mózg i serce małej społeczności.

Ta, o której będzie mowa, została uruchomiona tuż po wojennej pożodze, wiosną 1946 r. Jako ośmioklasówka. Po drodze było jeszcze kilka reform. I mnóstwo politycznych pożarów oraz spadków demograficznych. W tej chwili w Boćwince 12 nauczycieli opiekuje się 98 dzieci. Tyle że dwójka z tych uczniów jest szczególna.

Drażnienie skóry

Paweł ma 13 lat. Z rzeczy i osób, które kocha, może wymienić komputery. Osób mogłoby nie być w jego życiu, ale jeśli już się pojawiają, to najlepiej byłoby je zdigitalizować. Liczą się dla niego zwierzęta, głównie psy. Paweł mógłby mieć swój program w telewizji, sam Cesar Millan – słynny poskramiacz psów, może się schować, bo Paweł robi z czworonogami wszystko, co mu się spodoba. Poza tym chłopak mnóstwo czasu spędza przy kompie, w sieci czuje się bezpieczniej niż w realu. Lubi być sam. Kiedy pojawiają się ludzie, denerwuje się, wrzeszczy, robi dziwne rzeczy. – Raz babcia wchodzi do pokoju, gdzie Pawełek siedzi, i cichutko pyta, czy coś by zjadł. Ten zaczyna wyć, jakby go diabeł opętał: Ciszej, ciszej, nie krzycz na mnie – opowiada mama chłopca, Małgorzata. Lekarz jej powie, że te dzieci tak mają: wyobraźcie sobie, że zdzierają z was skórę, każdy nerw jest na wierzchu, dotyk skrzydła motyla jest uderzeniem, a szept zamienia się w hałas. Rodzice jedynaka myśleli początkowo, że dzieciak jest nadwrażliwy, nerwowy. Chodzili na palcach. Dopiero nauczyciele stwierdzili, że nie o złe wychowanie czy charakter chodzi. – Nie akceptuje towarzystwa rówieśników, którzy są za głośni, za mało empatyczni. Chce wciąż być na pierwszym planie, zwyciężać, jeśli tak się nie dzieje, pojawia się agresja. Paweł zaczął być niebezpieczny dla innych dzieci oraz dla siebie – wspomina Małgorzata.

Beniamin, dziś 10 lat, jest dla odmiany wycofany, lękliwy, chowa się po kątach, wchodzi pod ławki, nie lubi, kiedy ktoś do niego coś mówi albo na niego patrzy. Zamyka się w sobie, nie nawiązuje kontaktu, kiwa się, płacze...