Zniszczył pan Wałęsę, gloryfikuje Lecha Kaczyńskiego.

W 2003 r. ówczesny szef IPN Leon Kieres i jego ludzie kazali mi się zajmować Grudniem’70. Ja chciałem się zajmować emigracją, ale nie pozwolono mi. Usłyszałem: kolego, jesteś w Gdańsku, zajmuj się sprawami Gdańska. I po dwóch miesiącach przyniosłem kwit, którego nie powinienem nigdy znaleźć. I się zaczęło. Wziąłem sobie do głowy te wszystkie przysięgi doktorskie, że prawda jest najważniejsza, i sądziłem, że wszyscy wyznają zasadę, że w historii prawda jest najważniejsza. Zderzyłem się z rzeczywistością, dywaniki, rozmowy, zakazy, groźby, że zostanę „Macierewiczem historii”, nie zrobię habilitacji, że to mój koniec. Wtedy też zrozumiałem, że część historyków przy stoliku ustala, co ujawnić, a czego nie, co jest istotne, a co nie. I to mnie tylko podkręciło do działania.

Na okładce "Gazety Polskiej" jest Tusk w hitlerowskim mundurze.

Straszna, absurdalna okładka. I co z tego, że wyrażę na ten temat swoje zdanie, skoro – jak widać – koledzy, którzy takie okładki robią, są niereformowalni. Kieruję się pozytywistyczną postawą w życiu – im więcej będę mógł zrobić dla Polski, tym lepiej. I dlatego nie chcę mówić o wszystkich poglądach na różne sprawy, bo jestem pragmatykiem i mam zamiar jeszcze dużo dobrego zrobić dla Polski.

Wy, na prawicy, też jesteście podzieleni.

A pani, przepraszam skąd jest, że mówi wy, na prawicy? Ja się określam tylko jako konserwatysta. Polityka to jest marketing, a jak marketing, to propaganda, więc rodzaj uproszczenia, manipulacji. Twardo stąpam po ziemi i wiem, że w polityce nie ma miejsca dla historyka. Natomiast polityka historyczna ma to do siebie, że asymiluje to, co jest wytworem również mojej pracy. Proszę jednak pamiętać, że zacząłem pisać o Wałęsie w czasach Leszka Millera. Zresztą sam premier Miller gratulował mi mojej pracy. Wie pani, jestem bardzo krytycznie nastawiony do naszej historii. Dla mnie postawa większości polskiej centroprawicy, której emanacją jest towarzystwo skupione wokół tygodnika „wSieci,” jest nie do przyjęcia. Ta afirmacja wszystkiego, co w polskiej historii się wydarzyło, to gloryfikowanie, to interpretowanie historii i sprzedawanie jej jako heroicznej i zwycięskiej prawdy historycznej. Nie ma zgody na to, że Powstanie Warszawskie było zwycięstwem, że kampania wrześniowa była zwycięstwem i że historia Polski jest usłana moralnymi zwycięstwami, po których się tylko kurczyła – i w sensie terytorialnym, i w sensie potencjału ludzkiego. Postawa romantyczna, powstańcza jest mi obca. Ale nie oznacza to braku szacunku dla ofiary polskiej, to bohaterstwo tysięcy moich rodaków.

Żołnierzy Wyklętych też pan krytykuje?

Mam do nich stosunek pozytywny. Próbowali powstrzymywać bolszewików, nie tylko rosyjskojęzycznych, ale i polskojęzycznych. Jest również kontekst historyczny. Proszę pamiętać, że koncepcja III wojny światowej zarówno wśród czynników politycznych na uchodźstwie, jak i formacji walczących na terenie Polski była realna. Drugi aspekt był taki, jak ta epopeja ma się skończyć. Czy wyrywaniem paznokci i wkładaniem ołówków w uszy gdzieś w kazamatach ubeckich, czy też walką z bronią w ręku i próbą przetrwania do tej III wojny. Mam wielki szacunek do wszystkich formacji, które dziś się określa mianem Żołnierzy Wyklętych.

I robi się nimi politykę historyczną.

Jestem w stosunku do tego bardzo krytyczny. A polityki historycznej lepiej nie prowadzić, jeśli robi się to tak, jak teraz. Czyli chaotycznie.