Dwuletnia Lilliana trafiła do szpitala ze złamaną czaszką. Zmiany ewidentnie pochodzą z urazu, a nie z powodu zmian chorobowych - mówił dyrektor szpitala, Rafał Szuca. Dlatego też lekarze, którzy przegrali walkę o życie dziewczynki, od razu powiadomili policję. Funkcjonariusze zatrzymali matkę i ojczyma dziewczynki, a śledczy zlecili sekcję zwłok - informuje TVN24.pl.

Badanie zwłok dziecka wykazało krwiaki w mózgu, złamania kości ciemieniowych i kości potylicznej. Biegła stwierdziła, że te obrażenia mogły powstać kilka dni przed zgonem dziecka - wyjaśniła Magdalena Roman z pilskiej prokuratury. Po przesłuchaniu matki dziewczynki śledczy dowiedzieli się, skąd pochodziły te obrażenia. Powstały w wyniku popchnięcia dziecka i uderzenia w futrynę drzwi. Według relacji kobiety - mężczyzna był zajęty grą na komputerze. Gdy "nie szło mu w grze", chwycił przechodzące obok niego dziecko za rączkę i pchnął, w skutek czego dziewczynka uderzyła głową w futrynę - tłumaczy prok. Roman.

Rodzice dopiero dwa dni po uderzeniu zawieźli dziecko do szpitala. Na pomoc było już wtedy za późno. Śledczy postawili więc matce zarzuty nieudzielenia pomocy i będą wnioskować o areszt. Wiedziała o tym, że dziecko doznało obrażeń głowy w wyniku uderzenia o futrynę i nie przekazała tych informacji lekarzom, którzy badali dziewczynkę w sobotę, niedzielę i poniedziałek. Jak sama mówi, nawet kiedy lekarze dopytywali o obrażenia, nie opowiadała o zdarzeniu z 16 marca - dodaje Roman.

Rodzina dwulatki - jak informuje tvn24.pl była pod kontrolą lokalnego ośrodka pomocy społecznej. Rodzinie asystent został przydzielony na prośbę samej matki, która nie do końca radziła sobie z opieką nad trójką dzieci. Przychyliliśmy się do tej prośby - wyjaśnia Liwia Kolasa, rzecznik lokalnego MOPS. Jak jednak wynika z relacji tvn24.pl asystent uwierzył matce, że siniaki to efekt choroby. Pierwsza hospitalizacja dziecka była w listopadzie ubiegłego roku, na skierowanie lekarza rodzinnego pod kątem choroby krwi. Chodziło o jakąś skazę krwotoczną polegającą na tym, że na ciele pojawiały się zasinienia - dodała Kolasa.

Wiedzieliśmy, że dziecko było hospitalizowane. Jak asystent przychodził do domu rodziny, to były przypadki zasinień, ale mama motywowała to chorobą. W zachowaniu rodziców nie było nic podejrzanego - podsumowała rzeczniczka MOPS.