Byłem na podkomisji smoleńskiej 10 kwietnia, oglądałem i słuchałem jej materiału. Podkomisja podawała konkretne informacje, łącznie te dotyczące Iła-76, który miał trzy przeloty nad lotniskiem - powiedział Artur Wosztyl. Zeznania Frołowa świadczą o tym, że miał on de facto tak jakby wykonać oblot techniczny środków na tym lotnisku. Wykonali pierwszy lot nad lotniskiem na wysokości chyba 1500 m, w każdym razie bardzo wysoko, a potem podejście końcowe, próbując jak gdyby wylądować. W ich zeznaniach jest, że odchodzili z wysokości co najmniej 70 metrów, że poniżej się nie zniżyli -może w sprawie  powiedział Wosztyl.

Pilot stwierdził, że był zaskoczony tymi zeznaniami bo widział coś innego. Widziałem za pierwszym razem Iła-76, jak wykonywał manewr, próbując wlecieć z drogi kołowania w oś drogi startowej. Widziałem to przez okno w saloniku swojego samolotu. Końcówka skrzydła w przechyleniu była dosłownie na wysokości 2 metrów - powiedział.

Dodał, że drugie zajście Iła-76 widział stojąc już na zewnątrz Jaka-40. Widzieliśmy, że ludzie z wieży wyszli, a śp. chorąży Remigiusz Muś włączył radiostację i stwierdził: +słuchajcie, jeszcze raz podchodzi+. Obserwowałem ten samolot. Było go widać z kilometra albo i więcej, jego sylwetka była bardzo malutka, wysoko nad horyzontem. Ten samolot nie wykonywał żadnych manewrów, cały czas leciał jak po sznurku w oś drogi kołowania, w kierunku naszego samolotu, a nie centralnie w oś drogi startowej – powiedział.

Stwierdził, że Ił z kilku metrów odchodził na kolejne zajście, przelatując bardzo nisko nad Jakiem-40. Miałem wrażenie, że chwilę później by o nas zahaczył, zastanawiałem się nawet, czy nie uciekać od swojego samolotu. To wszystko jest zastanawiające. Z drugiej strony, tak jak podkomisja podała, nikt się nie zastanawiał, że ten samolot nie wylądował, choć mógł spokojnie to zrobić. A miał mieć przecież na pokładzie samochody specjalne dla delegacji pana prezydenta Kaczyńskiego - zauważył.

Wosztyl stwierdził, że opinie prof. Pawła Artymowicza, że na małej wysokości i dużych kątach natarcia należy wolant odepchnąć od siebie, to największa bzdura, jaką tylko da się popełnić i przejaw nieznajomości tematu, jeżeli chodzi o dynamikę i mechanikę lotu, zachowywanie się samolotu w przestrzeni i jego pilotowanie na różnych zakresach prędkości.

Odnosząc się do stwierdzeń dr. Macieja Laska, że rejestratory nie zapisały awarii na pokładzie Tupolewa, Wosztyl powiedział, że jeżeli ktoś mówi, że przyczynę zdarzenia tragedii można określić tylko i wyłącznie na podstawie zapisu rejestratorów, nota bene do których nie ma dostępu, tak jak do wraku, to się myli, bo one też są obarczone pewnym błędem.

Rejestrator zapisuje to, co mu podają konkretne czujniki, a te mogą podawać zupełnie co innego niż to, co widzi pilot, jeżeli chodzi o prędkość, wysokość, kurs i inne rzeczy. Sam miałem kilka takich sytuacji, kiedy przyrządy pokładowe pokazywały mi jakieś dziwne rzeczy i nim zostało to zdiagnozowane, trochę czasu upłynęło - wskazał.

Wosztyl stwierdził, że czujniki po prostu czasami zawodzą. Jego zdaniem, należałoby porównać wszystkie rejestratory, włącznie z tym, który był typowo mechanicznym, a którego nigdy nie odnaleziono. Pan dr Lasek twierdzi, że rejestratory nie zarejestrowały wzrostu ciśnienia w kabinie. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że na jednym z nich zostały wycięte 3 ostatnie sekundy, a na drugim 5 ostatnich sekund, a doszłoby do gwałtownego wzrostu ciśnienia w przestrzeni pasażerskiej, to nie może to być zarejestrowane - ocenił.

Jego zdaniem, to wielki grzech zaniedbania, jeżeli chce się wszystkie wnioski i konkluzje wyciągnąć z zapisów rejestratorów, co do których nie mamy pewności, że zapisywały poprawnie.

Wosztyl wyraził przekonanie, że raczej nie dojdzie do debaty Laska z członkami podkomisji smoleńskiej. Wielokrotnie były wysuwane już takie zapytania, by naukowcy się spotkali i wymienili poglądami. Nigdy ze strony rządowej, mówię o komisji Millera, nie było chęci wzięcia udziału w takiej debacie. Pan dr Lasek nigdy nie odpowiada na pytania niewygodne i nawet jeżeli pewne rzeczy już dawno zostały obalone, to je podtrzymuje - powiedział.

Sztandarowy przykład to rzekoma obecność pana generała Błasika w kokpicie. Ta narracja została totalnie zmiażdżona, ale pan dr Lasek i tak wychodził i mówił, że kontekst sytuacyjny na to wskazuje. I to pomimo braku dowodów i tego, że zostali przyłapani na kłamstwie, przypisując generałowi słowa, które wypowiedział drugi pilot - dodał. Powiedział, że Lasek podpisał się pod raportem Millera, w którym jest wiele kłamstw, naciągnięć, manipulacji i nadinterpretacji.

Co do pana Artymowicza. Pamiętam jego prezentację, którą zrobił na temat ściętej brzozy. Okazało się, że czterometrowa brzoza idealnie mu pasuje do tego wszystkiego, choć w rzeczywistości miała 6,6 m. Ponadto ułożenie samolotu w powietrzu z takim pochyleniem, jak twierdzi komisja Millera, na takiej wysokości powoduje, że strumień powietrza z dysz silników (z każdego po 10,5 tony) dmucha w kierunku ziemi. Mamy 31,5 tony ciągu, samolot przelatuje bardzo nisko nad działką Bodina i tam zupełnie nic się nie dzieje. To jest kolejny przykład manipulacji. Oni w żywe oczy kłamią, bo ten ciąg zmasakrowałby tych ludzi na ziemi – ocenił.