Gdyby rządzący Polską byli rodzicami, a Polacy na Wyspach Brytyjskich ich dziećmi, nasza tamtejsza diaspora mogłaby się nabawić zaburzeń osobowości. Bo jak to jest, chcą ich z powrotem w Polsce czy nie chcą? Przekaz rodzicielski jest niespójny. Wystarczyło nieco ponad rok, żeby z ostrego „Nie powiem: pakuj się, wracaj do Polski” prezydenta Dudy nagle zrobiło się zachęcające „Wracajcie, [...] mogę was zapewnić, że polskie państwo przyjmie was z otwartymi ramionami” premier Beaty Szydło – czy wręcz błagalne „Wszystkie młode rodziny z dziećmi, proszę: wróćcie do nas” Mateusza Morawieckiego. To jak, chcemy ich czy nie chcemy? Jeśli ziści się ten najczarniejszy scenariusz brexitu i macocha Królowa wyprosi nawet do 400 tys. Polaków, to tych, którzy zdecydują się wrócić na stare śmieci, powitamy z pompą czy z płaczem?

Hamletyzujemy w tym temacie zwykle w terminach ekonomicznych. Mówimy na przykład: tak, niech wracają, bo klimat brytyjski przysłużył się polskiej rozrodczości, podczas gdy nasza demografia, mimo klauzuli sumienia i zachęt socjalnych, dokonuje aborcji przyszłych polskich emerytur. A potem pytamy: zaraz, ale czy my damy radę wypłacić tyle 500+? Chcemy powrotów, bo nie ma kogo zatrudniać – ale zastanawiamy się: czy od rozwydrzonego funtem pracownika nie lepszy jednak będzie Ukrainiec, którym zresztą już załataliśmy większą część dziur na rynku pracy?

Z tych dywagacji widać, że niczego się, jak dotąd, nie nauczyliśmy, jeśli chodzi o rozumienie migracji i jej efektów. Sam brexit, a także przemiana licznych europejskich populizmów w realne siły polityczne to między innymi wynik czysto ilościowego podejścia do masowych przeprowadzek. Argumenty na rzecz otwarcia granic i rynków pracy były w UE zawsze przede wszystkim demograficzno-ekonomiczne; mało kto myślał o przemianach kulturowych, jakie mogą zajść w gościnnych społeczeństwach, mało kto doceniał „miękkie” problemy, jak antagonizmy etniczne, wzrost nieufności społecznej czy choćby problem przysłowiowego już Joe spod Londynu, który nagle czuje się obco w swoim lokalnym pubie, bo barman mówi łamaną angielszczyzną i nie chce rozmawiać o West Ham, tylko bąka coś o jakimś Widzewie. Tymczasem to właśnie te jakościowe, miękkie czynniki społeczne często decydują o tym, jakie konsekwencje polityczne, a w efekcie także ekonomiczne, mają znaczące ruchy populacji. Rumuni, Polacy czy Bułgarzy mogli na Wyspach wypełniać niezwykle ważne ekonomiczne role, ale najzwyczajniej w świecie irytowali ludzi – i to właśnie w końcu przesądziło o losie Wielkiej Brytanii. Wkurzenie bije demografię, złość gra na nosie PKB, rozsiany po pubach strach śmieje się w twarz teoriom o narodowości europejskiej i obywatelach świata. A niewielka dolewka otwartości bądź ksenofobii może zmienić politycznie cały kraj.

Polacy wrócą bądź nie wrócą; może Unia wynegocjuje ochronę dla swoich obywateli, a może rozjadą się z Wysp po różnych Irlandiach czy Kanadach. Ale i tak warto się na wszelki wypadek zastanowić, jakie byłyby te miękkie konsekwencje masowych powrotów „naszych” na łono Ojczyzny.

Śmiesznym byłoby oczywiście sugerować, że będą choćby w nikłej części tak drastyczne, jak następstwa napływu Europejczyków z naszego regionu do Anglii czy migrantów z Afryki Północnej do Francji. W końcu to nasi bracia i rodacy, jako i my wychowani na „Reksiu”, karmieni pierogiem i rosołem – jak bardzo można się zmienić przez kilka lat za granicą? Trudno tu bez ironii dywagować o „problemie integracji”. Ale doświadczenie emigracji jest jednym z najbardziej egzystencjalnie fundamentalnych przeżyć; rodzaj, przebieg i jakość tego doświadczenia, wspólne dla wielu Polaków znad Tamizy, muszą odcisnąć na ludziach mocne piętno. Jakie przywiozą ze sobą nawyki? Jakie oczekiwania, nadzieje, rozczarowania, jakie lęki? I jak – na lepsze czy na gorsze – może się od tego zmienić Polska?