Ekoterroryści walczą z mordercami drzew – taki wniosek mógłby wyciągnąć przybysz z obcej planety, gdyby wziął na poważnie wszelkie doniesienia na temat konfliktu o Puszczę Białowieską. Zamiast debat organizuje się protesty. Zwaśnione strony szukają sojuszników i nie przebierają w środkach. Wojna trwa, przewalają się fronty, Komisja Europejska, UNESCO, brzęczą łańcuchy, warczą harvestery. Tylko o co naprawdę toczy się ta wojna? O puszczę czy może o gromadzenie młodego elektoratu, który w przyszłym roku pójdzie do urn wyborczych? A może jakieś znaczenie mają także pieniądze? Te z jednego procentu dla NGO, które muszą udowadniać swoją niezbędność, walcząc o cokolwiek, aby ktoś chciał sięgnąć do portfela. Jest jeszcze jedna ważna rzecz: ideologia. Żołnierze nie muszą wiedzieć, o co idzie gra. Mają walczyć, być wierni i wierzyć, że to po ich stronie jest słuszność.

Ale co by było, gdyby spojrzeć na to wszystko z dystansu?

Parę liczb, kilka faktów

Zacznijmy od tego, czym jest puszcza. To dobry początek, gdyż wszystkie strony konfliktu zgadzają się w jednym: to nie jest taki sobie zwykły las. To miejsce wyjątkowe. Zarówno ze względu na swoją wielkość – ponad 150 tys. ha zielonej wyspy, zwartego, acz różnorodnego lasu mającego cechy pierwotne, rozpościerającego się na terenie Polski i Białorusi (przy czym do nas należy 41 proc. tego bogactwa), jak i ze względu na różnorodność flory i fauny: 26 gatunków drzew i 55 gatunków krzewów, do tego dochodzi ponad 4000 gatunków roślin zarodnikowych, czyli porosty, mchy i grzyby. A gdyby dodać do tego pozostałe zwane naczyniowymi, wyjdzie nam kolejne tysiąc gatunków – od widłaków do stokrotek – z czego 61 jest prawnie chronionych. W tym zielonym oceanie żyją różne stworzenia. Te wielkie i łagodne – jak żubr czy łoś, a także te drapieżne, jak wilki. Są też te całkiem maleńkie. Jak kornik drukarz, który jest bohaterem negatywnym całego bałaganu.