Jacek M. zrzucił sutannę rok temu – niedługo po suspendowaniu przez władze kościelne, które miały dość jego publicznych wystąpień pełnych nacjonalizmu i ksenofobii. 11 listopada ubiegłego roku duchowny krzyczał ze sceny we Wrocławiu o "banderowcach zalewających Wrocław i Polskę" i o konieczności "walki z lewactwem, żydostwem i z komunizmem, które wciąż panoszą się w naszej ojczyźnie".

Za te słowa Prokuratura Rejonowa we Wrocław-Stare Miasto skierowała przeciwko niemu do sądu akt oskarżenia. Zarzucano mu m.in. publiczne nawoływanie do nienawiści wobec osób o narodowości żydowskiej i ukraińskiej. Jak informuje "GW" do sprawy włączyła się Prokuratura Krajowa. Zażądała przesłania materiałów zgromadzonych w tej sprawie już w lipcu.

W ubiegłym tygodniu do Wrocławia dotarło pismo, podpisane przez zastępcę Ziobry, Krzysztofa Sieraka, które nakazywało wycofania z sądu aktu oskarżenia "w celu uzupełnienia zgromadzonego dotychczas materiału dowodowego". Sierak to, jak pisze gazeta, jeden z najbardziej zaufanych współpracowników ministra sprawiedliwości. W przesłanym do Wrocławia piśmie zarzuca śledczym brak konkretnych cytatów wypowiedzi Jacka M., w których miał wzywać do nienawiści. Informatorzy "GW" mówią, że cytaty te znalazły się w pierwszej wersji aktu oskarżenia, ale zostały usunięte nakazem prokuratora nadzorującego z Wydziału Organizacyjnego prokuratury okręgowej. Sierka zażądał również ponownego przesłuchania poszkodowanych, bo ma wątpliwości, czy w ogóle znają treść przemówienia Jacka M. Kolejnym z zarzutów jest ten, że śledczy nie powołali do analizy przemówienia biegłych z zakresu lingwistyki, politologii i historii.

Jacek M. ucieszył się z wniosku Sieraka i zamieścił w sieci film, na którym wznosi toast za "reformy sprawiedliwości, które dokonują się z inicjatywy Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry". Radość może być jednak przedwczesna, bo sąd nie musi zastosować się do nakazu wycofania skierowanego już do niego aktu oskarżenia.