Problem tkwi w mentalności sędziów, a tej nie zmieni żaden przepis – tak wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł wyjaśniał przed tygodniem na łamach DGP, dlaczego sądy nazbyt łagodnie traktują gwałcicieli. Przywoływał dane, z których wynika, że większość sprawców dostaje minimalne kary (2 lata więzienia), a wyjątkowo nawet niższe, np. w sytuacji gdy przyznają się do winy i pojednają z ofiarą. A do nagminnych należą przypadki wydawania wyroków w zawieszeniu. – Jedyne, co możemy zrobić, to zaostrzyć niektóre przepisy i tym samym sprawić, że przynajmniej minimalne kary będą wyższe – zapowiadał wiceminister.

Czy nasze sądy wyjątkowo stosują wobec sprawców gwałtów taryfę ulgową, jak to sugeruje Warchoł? I czy zbyt niskie wyroki bądź masowe sięganie po kary w zawiasach są wynikiem „mentalności sędziów”? Odpowiedź na te pytania jest bardziej zniuansowana, niż wskazywałby na to dane resortu sprawiedliwości.

Przede wszystkim, jeśli już zarzuca się sądom wyrozumiałość wobec oskarżonych o gwałty, to najpierw trzeba zerknąć na to, jak obchodzą się z innymi przestępcami. – Z moich obserwacji wynika, że sędziowie generalnie wymierzają raczej kary w dolnych granicach niż w górnych. Nie chodzi tylko o sprawy zgwałcenia, lecz też inne, w tym typowe przestępstwa kryminalne, jak pobicie, rozbój czy groźby karalne – ocenia sędzia Marcin Świerk z Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Zdaniem ekspertów to samo odnosi się do wydawania wyroków w zawieszeniu. – Jest to cecha całej polityki karnej naszych sądów – uważa dr Magdalena Grzyb z katedry kryminologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Więzy intymne

Sprawy o zgwałcenie bywają trudne do udowodnienia. W pierwszej kolejności trzeba wykazać, że sprawca zastosował wobec ofiary przemoc, groźbę lub podstęp. Jeśli dodać do tego uprzedzenia, jakie w sądach i organach ścigania wciąż towarzyszą przemocy seksualnej, to wytłumaczenie, dlaczego sporo spraw kończy się niskimi karami, staje się prostsze. – Jeśli zajrzymy do orzecznictwa Sądu Najwyższego z lat 70., to znajdziemy wyrok stwierdzający, że nakłanianie kobiety do picia alkoholu nie jest podstępem, nawet jeśli sprawca miał na celu odbycie z nią stosunku płciowego. Bo jako dorosła i świadoma osoba kobieta powinna przewidywać skutki działania alkoholu. A sądy nadal odwołują się do tego orzeczenia. Pokazuje to niestety, że sposób, w jaki często postrzegają one sytuację osób pokrzywdzonych, wynika z archaicznego toku myślenia – mówi mec. Artur Pietryka, który prowadził kompleksowe badania akt spraw o zgwałcenia.

Trzeba mieć też świadomość tego, że przemoc seksualna to głównie domena stosunków rodzinnych i zażyłości towarzyskich. Według badań Centrum Praw Kobiet 83 proc. ofiar zna agresora. – Przestępstwa polegające na tym, że kobietę napada i gwałci nieznany jej mężczyzna, zdarzają się incydentalnie. Do naszego sądu takie sprawy trafiają raz na kilka lat – potwierdza sędzia Dorota Zabłudowska ze Stowarzyszenia Iustitia, orzekająca w Sądzie Rejonowym Gdańsk-Południe. – Najbardziej typowe zgwałcenia to te, których sprawcami są mężowie lub partnerzy – dodaje.

A gdy w grę wchodzą więzi intymne, winę wykazać jest jeszcze ciężej. Co więcej, podkreślają sędziowie, często zdarza się, że po tym, jak już kobieta zgłosi gwałt i na zaawansowanym etapie postępowania zorientuje się, że sprawcy grozi kara więzienia, to zmienia zdanie i prosi sąd, by nie wydawał wyroku skazującego. – W sprawach, gdzie mamy do czynienia z relacjami rodzinnymi czy partnerskimi, decyduje stanowisko pokrzywdzonej i jej stosunek do oskarżonego. Jakkolwiek przestępstwo zgwałcenia winno być surowo karane, to jestem w stanie sobie wyobrazić, że w takich przypadkach mógłby zapaść wyrok w zawieszeniu – przyznaje sędzia Zabłudowska.

Efekt końcowy w takich sprawach nierzadko bywa taki, że materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę nie pozwala jednoznacznie przesądzić o winie oskarżonego i skazaniu. – Jak byłem młodym sędzią, mój patron w takich sytuacjach zwykł mawiać, że skoro mężczyzna jest niewinny, trzeba wydać wyrok w zawieszeniu. Niestety takie podejście pokutowało też w sądach. Mam nadzieję, że spotyka się je coraz rzadziej – mówi nam jeden z sędziów, prosząc o anonimowość.

Zdaniem wielu ekspertów znaczący odsetek wyroków w zawieszeniu w sprawach o gwałty to o wiele bardziej niepokojące zjawisko niż wymierzanie kar w dolnych granicach. Bo nie dość, że kary w zawiasach są mało dolegliwe, to też sprzyjają powracaniu na drogę przestępstwa. – Nie mam nic przeciwko, by sprawca dostał dwa lata więzienia. Nawet wyrok poniżej minimum ustawowego – czyli jednego roku pozbawienia wolności – jest do zaakceptowania. Przecież 12 miesięcy za kratkami to kawał czasu. Najważniejsze jest to, by sprawca faktycznie tę karę odbył – przekonuje dr Grzyb.

Tymczasem ze statystyk Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w latach 2012–2016 odsetek kar w zawieszeniu za gwałty wahał się pomiędzy 34 proc. a 43 proc. – Te dane mnie szokują. Nie przypominam sobie, abym miał taki przypadek w swoim referacie ani żeby zdarzył się moim kolegom. Jeśli spełnione są przesłanki przestępstwa, to nawet jeśli człowiek nie był karany i ma nieposzlakowaną opinię, to wyrok w zawieszeniu byłby z mojej perspektywy nie do pomyślenia – mówi sędzia Piotr Mgłosiek z Sądu Rejonowego Wrocław-Krzyki.

Podobnie jak orzekanie kar w zawiasach, w pierwszym odruchu równie trudno jest zrozumieć powody, dla których sądy miałyby zgadzać się na wymierzanie gwałcicielom niższych sankcji niż te przewidziane w kodeksie. Czyli stosować nadzwyczajne złagodzenie kary. Zgodnie z art. 60 kodeksu karnego po taki środek można sięgnąć tylko w szczególnych sytuacjach, kiedy nawet najłagodniejsza dopuszczalna kara dla sprawcy przestępstwa okazałby się zbyt surowa. Zwłaszcza jeśli delikwent pogodził się z ofiarą lub naprawił szkodę. Teoretycznie wydawałoby się, że dla gwałciciela dostęp do takiego przywileju powinien być z góry wykluczony. Ale w rzeczywistości takie sytuacje się zdarzają, choć sporadycznie. Jak przyznają sędziowie, na nadzwyczajne złagodzenie kary znowu wpływa to, że między ofiarą a sprawcą istnieją więzi rodzinne i doszło między nimi do pojednania.

Mimo nałożenia pewnych ograniczeń ustawowych nadal sporo spraw kończy się dobrowolnym poddaniem się karze przez oskarżonego, choć prokuratorzy mają wytyczne, aby ostrożnie podchodzić do takiego rozwiązania. Chodzi o sytuacje, kiedy sprawca szybko przyznaje się do winy i zgadza się na skazanie. Dzięki temu może liczyć na mniej surową sankcję, niż gdyby była ona efektem końcowym żmudnego procesu. To sąd i prokurator – mówiąc w dużym uproszczeniu – dogadują się co do rozmiaru kary.

Rzecz w tym, że kwestia ta zwykle jest załatwiana nie na etapie śledztwa, ale już w trakcie procesu sądowego. A w nim ofiara zazwyczaj nie bierze udziału, aby uniknąć kolejnych traumatycznych doświadczeń (wcześniej jest tylko raz przesłuchiwana z udziałem sądu i później nie ma już potrzeby wzywania jej na rozprawę – aut.). – Na sali sądowej brak więc osoby, która mógłby się sprzeciwić łagodniejszemu potraktowaniu sprawcy. Za to dzięki wcześniejszemu uzgodnieniu kary zarówno sąd, jak i prokurator mają szybko załatwioną sprawę – tłumaczy adwokat Artur Pietryka. – Nawet jeśli dużo wyroków zapada w formie dobrowolnego poddania się karze, nie świadczy to o żadnym liberalizmie sędziów. To, podobnie jak częste kary z zawieszeniem, stanowi wyraz oportunizmu systemowego – kwituje dr Grzyb.

Sędziowie zwracają też uwagę, że spora część przypadków przemocy seksualnej, która trafia na wokandy, formalnie nie dotyczy zgwałceń, lecz seksualnego nadużycia stosunku zależności, czyli sytuacji, kiedy sprawca, wykorzystując krytyczne położenie ofiary, doprowadza do stosunku lub innej czynności seksualnej. Przestępstwo to jest obecnie zagrożone karą do 3 lat więzienia, a jeśli osoba pokrzywdzona nie skończyła 15 lat – do 5 lat pozbawienia wolności. Zdaniem środowiska sędziowskiego świadczy to o niekonsekwencji w przepisach. – Nie rozumiem, dlaczego maksymalna kara za przestępstwa tego rodzaju jest tak niska. Przecież jest o nie bardzo łatwo, np. w ośrodkach wychowawczych. Moim zdaniem czyny te powinny być traktowane jako jedno ze szczególnie szkodliwych przestępstw porównywalnych ze zgwałceniem, za które grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Zwłaszcza że nadużycie stosunku zależności niewiele się różni od podstępu – dowodzi sędzia Zabłudowska.

Niedouczony policjant

Nawet najbardziej pedantyczna kwerenda akt sądowych ukazałaby tylko strzęp prawdy o tym, jak są traktowani w Polsce sprawcy zgwałceń i ich ofiary, a tym bardziej o skali przestępczości seksualnej. Żeby odsłonić kolejny fragment, trzeba cofnąć się do fazy prokuratorskiego śledztwa. Okaże się wtedy, że przytłaczająca większość osób podejrzewanych o gwałt nigdy nie uzyskuje statusu oskarżonego, a więc w efekcie nie zostanie osądzona. Z danych Prokuratury Krajowej wynika, że w 2016 r. wszczęto przeszło 3,5 tys. śledztw z art. 197 k.k. Zmiana przepisów, na mocy której gwałty zaczęły być ścigane z urzędu, jeśli doszło do nich po 27 stycznia 2014 r. (a nie na skutek wniosku, jak wcześniej), na razie nie znajduje dużego odzwierciedlenia w statystykach. W ciągu całego ubiegłego roku prokuratura umorzyła natomiast prawie 2,6 tys. takich spraw (zapewne zainicjowano je jeszcze w poprzednim roku), a w 622 przypadkach w ogóle odmówiła podjęcia śledztwa. W tym samym okresie do sądów wpłynęło łącznie 915 aktów oskarżenia o gwałt, a sądy skazały 624 sprawców.

Dlaczego tak wiele spraw jest odrzucanych? Na trudności dowodowe nakładają się pokutujące wśród funkcjonariuszy stereotypy wokół przemocy seksualnej oraz presja statystyczna popychająca ich do jak najszybszego „odhaczenia” zawiadomienia o przestępstwie. Problemy pojawiają się już na samym początku postępowania, kiedy trzeba udowodnić, że sprawca zastosował wobec ofiary przemoc, groźbę lub podstęp. – Policja zwykle szuka argumentów na potwierdzenie tezy, że stosunek seksualny był dobrowolny, czyli osoba pokrzywdzona wyraziła na niego zgodę. W takich sytuacjach akcentuje się, że ofiara nie stawiała dużego oporu, nie krzyczała, nie wzywała pomocy, a każdym razie nikt nie słyszał jej krzyków – twierdzi mec. Pietryka. – Spotkałem się też z sytuacją, że w jednej z prokuratur sprawami zgwałceń zajmowała się tam oddelegowana policjantka. I po tym, jak umorzyła trzy takie postępowania, dostała pismo pochwalne z prokuratury, jak to świetnie wywiązuje się ze swoich obowiązków – dodaje adwokat.

Organizacje kobiece od dawna postulują, aby sama czynność odbierania przez funkcjonariuszy zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa była nagrywana. Bo po lekturze policyjnego protokołu ofiary nierzadko mają wrażenie, że w ogóle nie oddaje on tego, co rzeczywiście działo się na przesłuchaniu. W raporcie nie znajdą się przecież pytania o to, jaki kobieta miała makijaż i jakiej długości spódnicę. – Sposób zadawania pytań, ich niestosowność, komentarze na temat ubioru i wyglądu ofiary często zdradzają stosunek funkcjonariusza przeprowadzającego czynność do sprawy i ofiary – podkreśla Małgorzata Tatucha, adwokat związana z Centrum Praw Kobiet w Łodzi. Nie wspominając już o tym, że policjantom niekiedy brakuje podstawowej wiedzy psychologicznej, a zawiadomienie przyjmuje mężczyzna, co powoduje dodatkowy dyskomfort. Co więcej, często zdarza się, że po zgłoszeniu sprawy ofiara odmawia składania zeznań i dalszej współpracy. – Choć zgodnie z prawem nie powinno mieć to wpływu na decyzję o ściganiu sprawcy, to niestety najczęściej tak się dzieje. Prokuratura nie podejmuje trudu ustalenia, dlaczego pokrzywdzona się wycofała i czy np. nie jest zastraszana przez sprawcę – zauważa Tatucha.

Kolejne niebezpieczeństwo wiąże się ze zbytnim poleganiem przez śledczych na ocenach psychologa, który badał ofiarę. – W swojej opinii nie może on rozstrzygać, czy zeznania pokrzywdzonej były wiarygodne, czy nie. Od tego są przecież sąd i prokurator. A niestety bardzo często zdarza się, że jeśli psycholog dostrzegł jakieś nieścisłości w zeznaniach, to jego wątpliwości stają się podstawą do umorzenia sprawy. Bywa, że prokurator po prostu stwierdza, że są dwie różne wersje zdarzeń – ofiary i domniemanego sprawcy – a nie ma żadnych obiektywnych dowodów na przestępstwo albo są tylko takie w postaci badań lekarskich – opowiada mec. Pietryka. Z jego doświadczenia najbardziej kuriozalne uzasadnienia umorzeń są te, które bezpardonowo stwierdzają, że przy zdarzeniu nie było bezstronnych świadków.

W 2015 r. prokurator generalny Andrzej Seremet wydał śledczym instrukcje dotyczące tego, jak mają postępować, gdy trafia do nich sprawa zgwałcenia. Jest w nich m.in. zalecenie, aby to prokurator, a nie nadzorowany przez niego policjant osobiście przeprowadzał główne czynności dowodowe w śledztwie, jak np. przesłuchanie świadków. Ale tak jak większość wytycznych prokuratorskiej wierchuszki, tak i te wylądowały na dnie szuflad. W praktyce większość czynności spada na policjantów. – Wbrew zaleceniom rzadko po przedstawieniu zarzutów podejrzanemu nakłada się także na niego zakaz kontaktowania się lub zbliżania do pokrzywdzonego czy wydaje mu nakaz opuszczenia wspólnie zajmowanego lokalu. A to ma duże znaczenie w przypadku małżeństw czy związków partnerskich – podkreśla mec. Tatucha. Prawnicy, którzy udzielają porad ofiarom przemocy seksualnej, potwierdzą, że takie osoby zwykle pozostają w trakcie śledztwa bez wsparcia psychologicznego. O ile w Warszawie czy innych dużych miastach działa kilka organizacji świadczących taką pomoc, o tyle na prowincji pozostaje ona prawie niedostępna.

Szara strefa

Co ciekawe, w badaniach na temat zarejestrowanych przypadków zgwałcenia, które po drodze giną w całej machinie systemu sprawiedliwości, Polska wypada nadzwyczaj korzystnie. Z analiz profesora Jörga-Martina Jehle, kryminologa z Uniwersytetu w niemieckiej Getyndze, wynika, że stosunek liczby wyroków skazujących wydanych przez rodzime sądy w stosunku do liczby przestępstw odnotowanych przez śledczych (fachowo: zdarzeń, które według prokuratury spełniają znamiona czynu zabronionego, nawet jeśli nikomu nie postawiono jeszcze zarzutów) sięga 70 proc. Dla porównania w Niemczech wskaźnik ten oscyluje wokół 15 proc. Czy to oznacza, że polskie organy ścigania znacznie skuteczniej radzą sobie z wykrywaniem i oskarżaniem gwałcicieli? Zdecydowanie nie.

Taka diagnoza obarczona byłaby jeszcze większymi niedopowiedzeniami niż obraz, jaki wyłania się z wokand sądowych. Przede wszystkim trzeba więc wydobyć niuanse. Jak tłumaczy prof. Jehle, polskie organy ścigania startują z bardzo niskiego pułapu, jeśli chodzi o liczbę zgłaszanych spraw gwałtów. W ubiegłym roku złożono niecałe 2,2 tys. takich zawiadomień, czyli ok. 6 w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców. W Niemczech jest to 9–10 spraw, we Francji – 19, a w Szwecji – rekordowe 64. W tym ostatnim przypadku ogromna liczba zawiadomień w znacznej mierze wynika z tego, że w szwedzkim kodeksie funkcjonuje szersza definicja gwałtu niż w pozostałych państwach, a funkcjonariusze są zobowiązani skrupulatnie przestrzegać drobiazgowych procedur związanych z rejestrowaniem przypadków przemocy seksualnej.

Skalę zgwałceń, po których nie ma żadnego śladu w policyjnych kartotekach, da się określić jedynie bardzo orientacyjnie. Szacunki co do tego, jaka część spraw nigdy nie zostanie odnotowana przez organy ścigania, różnią się w zależności od przyjętej metodologii i uwarunkowań społeczno-kulturowych, w których prowadzono badania. Z ubiegłorocznego raportu Fundacji STER na temat przemocy seksualnej w Polsce wynika np., że ponad 90 proc. ofiar gwałtów nie zgłasza na policję tego, co im się przydarzyło (ankietowanych było ok. 100 kobiet). – Kiedy pytałem prokuratury rejonowe o to, ile spraw o zgwałcenia do nich trafia, zdarzało mi się słyszeć, że w ogóle takiej w ostatnim roku nie rejestrowano albo odnotowano jedną – mówi adwokat Artur Pietryka.

Wyliczenia pochodzące z szeroko zakrojonych badań w krajach zachodnich są nieco bardziej ostrożne. Według analiz amerykańskiego biura ds. statystyk wymiaru sprawiedliwości, przeprowadzanych na próbie prawie 160 tys. osób, nieco ponad 30 proc. pokrzywdzonych zgłasza się na policję. Z kolei angielska organizacja kobieca Rape Crisis szacuje, że odsetek ten jest o połowę niższy. Podobnych kalkulacji jest zresztą więcej i nawet jeśli wahają się one w granicach od 10 do 30 proc., to w każdym przypadku wnioski pozostają bardzo podobne: przytłaczająca większość sprawców nigdy nie stanie się przedmiotem zainteresowania organów ścigania. Dla porównania, fałszywe zawiadomienia o zgwałceniu są nie tylko łatwiejsze do zweryfikowania, lecz przede wszystkim stanowią zaledwie ułamek wszystkich zgłoszonych przypadków gwałtów.

Patrząc tylko na oficjalne statystyki, pewnie można dość łatwo wysnuć wniosek, że za pobłażliwie traktowanie przestępców seksualnych najbardziej odpowiadają sądy. Efekty ich pracy dają się zręcznie przełożyć na dane ilościowe, a treści wielu wyroków, w tym tych kontrowersyjnych czy wręcz bulwersujących, są dostępne w internecie. Tymczasem tysiące decyzji dotyczących umorzenia sprawy lub odmowy wszczęcia śledztwa, jakie co roku wydaje prokuratura, trafia tylko do wiadomości skrzywdzonych. A zapewne kolejne tysiące przypadków pozostaje w szarej strefie. – Lekceważenie przemocy wobec kobiet to nie jest wyraz liberalizmu ani łagodności sądów, tylko typowo polsko-konserwatywnego negowania całego problemu społecznego – kwituje dr Magdalena Grzyb z UJ.

Dlaczego tak wiele spraw o gwałty jest odrzucanych? Na trudności dowodowe nakładają się pokutujące wśród funkcjonariuszy policji stereotypy wokół przemocy seksualnej oraz presja statystyczna popychająca ich do jak najszybszego „odhaczenia” zawiadomienia o przestępstwie