Dwa lata temu Wojtek Sierocki wraz z kolegami, Marcinem Kiszką i Mikołajem Kamińskim z Poznańskiego Uniwersytetu Medycznego, postanowili na własną rękę wyjechać do pracy w szpitalach w Kenii. Najpierw zorganizowali zbiórkę pieniędzy, by - jak mówi Wojtek - kupić plecaki i mieć, co do nich włożyć. -  Nie chcieliśmy jechać tylko z tym, co dla nas. Mieliśmy z tylu głowy, że w Afryce potrzeby są ogromne, dlatego oprócz umiejętności chcieliśmy tam zawieść coś jeszcze. Czuliśmy, że to miejsce, w którym nasza pomoc naprawdę bardzo się przyda – wyjaśnia.

Ponad 3 miliony Kenijczyków jest zakażonych HIV. Ponad 700 osób dziennie ginie z powodu chorób towarzyszących HIV. Częstość występowania u kobiet jest prawie dwukrotnie większa niż u mężczyzn. Współczynnik osierocenia wynosi około 11 procent.

Tak właśnie powstał projekt o nazwie "Leczymy z Misją". Przez dwa miesiące przyszli lekarze pracowali w szpitalach w Muthale i Mutomo. To niewielkie miasta w hrabstwie Kitui. Muthale, jak wyjaśnia Wojtek, to tak naprawdę jedna ulica, przy której znajduje się szkoła, szpital, kościół, kilka domów, sklepów i straganów. Odwiedzili także sierociniec w Nyumbani. Do Afryki pojechali studenci medycyny, ale również położna. Był student stomatologii, który pod okiem pracującego na miejscu szwedzkiego dentysty, wyrwał tam 150 zębów, a także specjalistka od chorób tropikalnych i zakaźnych, która przebadała na pasożyty 800 dzieci. Przed wyjazdem wszyscy wzięli udział w cyklu szkoleń Medycyna 2.0, który sami przygotowali. Mieli dodatkowe zajęcia z położnictwa, ginekologii, pediatrii oraz neonatologii. Na własną rękę uczyli się podstaw języka swahili oraz zorganizowali szkolenia z umiejętności miękkich, które są niezbędne w kontakcie z lokalną społecznością.

Ich inicjatywa była całkowicie prywatna, ale misje organizuje również m.in. polski MSZ. Program o nazwie „Wolontariat. Polska pomoc” jest organizowany od 2008 roku. Wolontariusze jeżdżą do krajów Europy Wschodniej, Afryki, Azji oraz Ameryki Łacińskiej.

Z rentgenem pod pachą

Do Kenii zawieźli też niepotrzebny już w Polsce sprzęt medyczny. Tu nieużywany, zastępowany nowym, tam był na wagę złota. Podczas pierwszego wyjazdu kontener ze sprzętem ważył 4 tony, za drugim razem - 20. Znalazł się w nim m.in. aparat do ultrasonografii, aparaty do EKG, kardiomonitory, 27 łóżek szpitalnych, 1500 kilogramów środków dezynfekcyjnych, czy nowe zestawy narzędzi operacyjnych. – Mało kto wie, że szpitale misyjne w Afryce przeszły w ciągu ostatnich dwudziestu lat ogromną transformację. Placówki wcześniej dotowane przez ludzi z Europy czy USA, stały się finansowo zdane wyłącznie na siebie – opowiada Wojtek. - Leki czy opatrunki nie są jeszcze takim problemem, jak zakup sprzętu. Kiedy szpital chce kupić urządzenie medyczne, musi zwrócić się do prywatnego dystrybutora. Ten łańcuch pośredników się wydłuża, w Kenii cła i podatki są wysokie, a sam zakup naprawdę bardzo trudny - tłumaczy. Wszystko to sprawiło, że szpitale za swe usługi zaczęły pobierać opłaty, podczas gdy na kontynencie nie ma zwyczaju kupowania czegoś takiego jak ubezpieczenia zdrowotne.

Już na miejscu okazało się, że nie wystarczy przywieźć sprzęt, trzeba jeszcze pokazać, jak z niego korzystać. - Byłem świadkiem, jak 20-latkowi, który nie oddychał, podano tlen. Finał był tragiczny. Przykryto go kocykiem, przyjechał po niego Fred z kostnicy i tyle go widziano – wspomina Wojtek. Przez miesiąc szkolił z teorii resuscytacji. Było ciężko. – Wzorowałem się na szkoleniach, które przeprowadzałem Polsce. Szybko zrozumiałem, że trzeba je zmodyfikować. Wpadłem na pomysł, by przywracania akcji serca uczyć w rytm piosenki "Stayin’ Alive" Bee Gees. Było dynamicznie i na wesoło, ale efekt przyszedł bardzo szybko. Jednemu z pacjentów dzięki temu szkoleniu udało się potem przywrócić akcję serca – opowiada Wojtek.

W szpitalach w Kenii często na 120 pacjentów przypada ledwie dwóch lekarzy, którzy muszą umieć leczyć cukrzycę, niewydolność serca, nauczyć się przeprowadzać cesarskie cięcie czy amputację. – To musi być taka "złota rączka", od wszystkiego – mówi Dorota Błażejewska, rezydent chirurgii ogólnej, która na misji w Kenii była dwa razy. Gdy tylko pojawiały się problemy, nawet nocą, na miejscu zjawiali się wszyscy obecni na misji lekarze – w myśl zasady: wszystkie ręce na pokład. Ale to nie wszystko. – Brakuje jednorazowego sprzętu, dzieci resuscytowane są często sprzętem wielorazowego użytku - wylicza. W miejscach zakwaterowania lekarzy zdarzało się, że przez kilka dni nie było prądu, a przez kolejne kilka bieżącej wody. - Trzeba było chodzić po nią do studni, a że i tam jej brakowało, to ratowaliśmy się wodą butelkowaną ze sklepu – opowiada lekarka.

All inclusive

Za pracę na misji zorganizowanej przez chłopaków nie dostaje się żadnego wynagrodzenia. – Jest trochę tak, że to my dokładamy do tego wyjazdu. Mamy na miejscu łóżko do spania, coś do jedzenia, ale jak chcemy sobie coś kupić to dokładamy z własnej kieszeni. W tym roku płaciliśmy również za wizy – mówi Wojtek, który brał udział również w misji organizowanej przez MSZ. Ci, którzy jadą na misję z MSZ dostają tzw. diety wolontariackie, ale jak wyjaśnia nie są to oszałamiające kwoty. – Szybko znikają – śmieje się.

Lekarze przyznają, że do spartańskich warunków można przywyknąć. Podobnie jak do tego, że choć weekendy na misji teoretycznie są wolne, często i w te dni wszyscy mają pełne ręce roboty. – W tym roku pozwoliliśmy sobie na jednodniowe safari, ale to było zaproszenie od mieszkańców, którzy chcieli pokazać nam piękno swojego kraju, a nie nasza inicjatywa – mówi Dorota Błażejewska.

Patrycja Sosnowska, rezydentka chirurgii dziecięcej w Poznaniu, na misję wyjechała do Papui Nowej Gwinei. Szpital, w którym pracowała, mieścił się w kilku dużych barakach połączonych korytarzami, po których biegały dzikie zwierzęta, a widok myszy przegryzającej kable rtg nie należał do rzadkości. Brakowało sprzętu, sala operacyjna nie była tak wyposażona jak w szpitalach w Polsce. - Trafiłam na porę deszczową, więc w tym czasie nie było problemów z myciem się przed operacją, ale w porze kiedy brakuje deszczu stanowi to olbrzymi problem dla szpitala - mówi.

To, co ją urzekło, to ludzie. – Byli bardzo otwarci, i przyjaźnie nastawieni– mówi. I dodaje, że choć nigdy nie spotkało ją nic niebezpiecznego, od początku wiedziała, że kobieta wieczorami nie powinna zapuszczać się w nieznane sobie rejony. Na zakupy po masło, czy słodkie pieczywo, bo tylko takie można było dostać, lekarka jeździła do oddalonego o 2 km sklepu. – Pracownicy szpitala, w którym operowałam mieli tendencję do znikania w czasie przerwy obiadowej. Wychodzili żeby coś zjeść i często w ogóle nie wracali już do pracy tego dnia. Dyrektor szpitala wpadł na pomysł, że będzie ich karmił na miejscu. Ryż z mięsem i warzywami, do tego woda z sokiem – opisuje menu Patrycja. Dzień zaczynała o 7 rano, kończyła o 18. – To była naprawdę ciężka praca, żadne wakacje. Wyjechałam tam, wykorzystując swój zaległy i przysługujący mi na daną chwilę urlop – wyjaśnia.

Agnieszka Basiukajć, rezydentka neonatologii, podobnie jak Dorota i Patrycja, także wyjechała na misję w ramach swojego urlopu. – Nie chciałam stwarzać problemów w miejscu pracy, poza tym my rezydenci nie możemy nagle rzucić wszystkiego i wyjechać na nie wiadomo jak długo, mamy swoje obowiązki – tłumaczy. Podobnie jak Dorota i Patrycja, ona także nie narzekała na brak zajęć. – Jedynym wolnym dniem była niedziela, ale gdy tylko mieliśmy do czynienia z trudnym przypadkiem, to biegliśmy do szpitala. Czasem siedzieliśmy w nim do północy albo po krótkiej przerwie na jedzenie wracaliśmy do pracy – wspomina.

Misja wykonana

Moment, który utkwił w pamięci? Dla Doroty był to pacjent z ogromnym naciekiem na twarzy i szyi. – Nie wiedzieliśmy, co to jest. Jeden z lekarzy sugerował, że to nowotwór. Okazało się, że to ropień przygardłowy. Na przedniej części szyi wdała się martwica. Na misji obecny był student stomatologii, który usunął pacjentowi ząb powodujący ten ropień. Codziennie zmieniałam mu opatrunki. Po trzech tygodniach wychodził ze szpitala z małą centymetrową raną, która szybko się zagoiła. Uścisk ręki i jego wdzięczność, były dla mnie najlepszym podziękowaniem – opowiada Dorota.

Patrycja wspomina za to moment pożegnania. – Kiedy jedna z mam, której dziecko uratowaliśmy, dowiedziała się, że wyjeżdżamy, zaczęła pytać, jak może nam podziękować. Odpowiedziałam, że nie musi tego robić, że najważniejsze, że udało się uratować malucha. W pewnym momencie wyciągnęła torbę ze strusich piór, którą sama zrobiła, i mi ją wręczyła. To był dla mnie bardzo wzruszający gest, bardzo szczery – mówi.

Po co ci to?

- Potrzebowałam spojrzeć na to, co robiłam do tej pory, z dystansem. Zupełnie przypadkowo podczas jednej z rozmów z moim kolegą, kiedy rozmawialiśmy o marzeniach o wyjeździe na misję zaproponował, że może pomóc w zorganizowaniu mi takiego wyjazdu – wspomina Patrycja. Trafiła do szpitala prowadzonego przez księdza Jana Jaworskiego. – Na oddziale chirurgii ogólnej leczono też dzieci, więc się przydałam – mówi.

Agata zaś potwierdza, że przywieziony z Polski sprzęt rzeczywiście niejednokrotnie ratował życie. – Dzięki aparatom, które umożliwiały wsparcie oddechowe dla wcześniaków udało się uratować jednego maluszka. Gdy jego mam zobaczyła go pierwszy raz, strasznie płakała i nie wierzyła, że przeżyje. Po kilku dniach zaczął normalnie funkcjonować. Ten moment utwierdził mnie w tym, że wiem, po co to robię – opowiada.

Wyjazd do Kenii jak mówi dał jej ogromnego "kopa do pracy". Jej zdaniem już sama idea wyjazdu do biedniejszych krajów, porównania warunków, w jakich się pracuje, wiele uczy. – To niebywała okazja żeby popracować w tych innych warunkach, pomóc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, ale też docenić to, co się ma. Odkrywanie nowych miejsc czy zwiedzanie to bardzo odległy temat – mówi.

Gdy Wojtek, Marcin i Mikołaj wrócili z pierwszej misji, została zasypana setkami maili i pytań o to, jak można do nich dołączyć. – Chętnych było tak wielu, że przed kolejnym wyjazdem musieliśmy przeprowadzić naprawdę ostrą selekcję. Pojechało 20 osób. Jedną ze składowych była średnia ocen, ale głównym kryterium było to, czy taka osoba wytrzyma nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. To naprawdę nie są żadne egzotyczne wojaże, a ciężka praca. W Afryce nie jesteś tylko lekarzem, z czasem stajesz się ekspertem od wszystkiego. Nie jest łatwo to udźwignąć – wyjaśnia. I dodaje, że kolejna misja jest już w planach.