Latkowski mówił o spotkaniu z Marcinem i Katarzyną P., które odbył wraz z ówczesnym dziennikarzem "Wprost" Michałem Majewskim, jak mówił, trwało ono godzinę i 50 minut. Przez 40 minut małżeństwo P. referowało "swoją wersję historii kontaktów z Michałem Tuskiem".

Przedstawili to w taki sposób, że oni właściwie nie chcieli, oni się bali nawiązywać współpracę z Michałem Tuskiem, uważali, że to jest człowiek, tak sądzili, że to może być człowiek wsadzony specjalnie do nich. Opowiedzieli, że on sam wykonał telefon do Marcina P., poprosił o spotkanie, jak był jeszcze dziennikarzem "Gazety Wyborczej" - powiedział Latkowski.

Dalej przytaczając wersję P., powiedział, że Michał Tusk i twórca Amber Gold spotkali się. - Marcin P. powiedział, że na świadka tego spotkania wziął pana Frankowskiego (dyrektor zarządzający OLT Express, Jarosław Frankowski-PAP), ustalili warunki współpracy, on (Michał Tusk) stwierdził wtedy, że chce odejść z "Gazety Wyborczej", i szuka pracy - powiedział Latkowski.

Dodał, że później Michał Tusk "zadzwonił i powiedział, że po rozmowie z rodziną, podkreślam słowo rodziną, zrezygnował".

Temat Michała Tuska i współpracy z firmą związaną z Marcinem P. wyniknąć miał dwa miesiące później (...). I tutaj pośrednikiem albo osobą, która w cudzysłowie wrzuciła im Michała Tuska jest pan prezes lotniska w Gdańsku, tak twierdził Marcin P. - mówił Latkowski.

Podkreślił, że podczas jego i Majewskiego spotkania z małżeństwem P. o interesach mówiła także Katarzyna P. - Ona była aktywna, to nie była osoba, która siedziała i milczała, tylko aktywnie, tak jakby we wszystkie sprawy była wprowadzona. Czyli to byli partnerzy, dla nas Marcin P. i Katarzyna P. to byli partnerzy biznesowi w tym, co robili (...). Dla nas to był tandem - powiedział Latkowski.

Oni mówili, że tylko jeden zarzut, coś krytycznie powiedziano, że Michał Tusk wykonał dla nich rzeczy, których nie powinien, czyli wyniósł pewne dane z lotniska, które tak naprawdę są nieosiągalne - powiedział Latkowski.

Podczas rozmowy z małżeństwem P. pytał wraz z Majewskim, czy w momencie, kiedy zrobiło się już "gorąco" wokół Amber Gold, próbowali poprzez Michała Tuska wpływać na "ojca czy też, żeby wyciągnął pewne informacje". - Oni zaprzeczyli, że nigdy tego nie zrobili - relacjonował Latkowski.

Opowiadając o rozmowie z Michałem Tuskiem, Latkowski powiedział, że Michał Tusk był przekonany, że to on sam pierwszy ujawnił swoją współpracę z Marcinem P. Latkowski pytał Michała Tuska, czy ma wsparcie ojca i służb prasowych.

On narzekał na to, on mówił, że nie do końca, że tata unika teraz kontaktu (...). Tata się boi, że (Michał Tusk) jest podsłuchiwany - powiedział Latkowski.

Jak mówił, Michał Tusk przekazał, że "wyznaczono mu po jakimś momencie osobę z Kancelarii", która miała konsultować odpowiedzi na pytania posła PiS.

Latkowski relacjonował, że Michał Tusk jako "mówił, że jako dziennikarz wie o tym, że tego nie da się ukryć". - W związku z tym miał przeciwny pogląd niż otoczenie premiera, że trzeba o tym otwarcie mówić. (..) On był za tym, żeby mówić na ten temat, a ludzie z kancelarii premiera uważali, że powinien milczeć - mówił Latkowski.

Wspomniał też w rozmowie o tym, że jak rozmawiał z ojcem, to ojciec mu rzucił taki tekst, żeby był spokojny, że komisji śledczej w tej sprawie nie będzie - relacjonował Latkowski.

"To, co czytaliśmy pokazywało, że Marcin P. ma zdumiewającą ochronę w Trójmieście"

Pragnę oświadczyć, że nigdy nie przekazałem planu śledztwa ABW Marcinowi P. odbyłem wraz z Michałem Majewskim tylko jedno spotkanie z Marcinem P. i z jego małżonką, trwało ono godzinę i 50 minut. Później były śladowe kontakty e-mailowe, sms-owe, może jakiś telefon, Marcin P. w pewnym momencie zaczął unikać kontaktu z nami - mówił Sylwester Latkowski, b. dziennikarz "Wprost" w środę przed sejmową komisją śledczą ds. Amber Gold.

Jak podał, o planie śledztwa dowiedzieli się kilka dni później, w momencie, kiedy P. był zatrzymany - 16 sierpnia. - I nie dostaliśmy go fizycznie, mieliśmy możliwość wglądu, spisania go, stąd zabiegaliśmy później wiele razy o ten dokument, czyli nawet nie było możliwości fizycznego przekazania komuś planu, bo też go nie posiadaliśmy, a on był nam potrzeby do obrony w sądzie - powiedział Latkowski.

Dopiero uzyskaliśmy go dwa miesiące temu, trzy miesiące temu i złożyliśmy do sądu - wyjaśnił.

Podkreślił, że o jego pracy świadczą teksty dziennikarskie, które napisał z Majewskim. - I w żadnym z nich nie ma ani jednego słowa obrony małżeństwa P. - wskazał.

Gdy udało nam się zajrzeć do planu śledztwa, wiedzieliśmy, że to gigantyczny skandal - to co czytaliśmy pokazywało, że Marcin P. ma zdumiewającą ochronę w Trójmieście -  mówił Latkowski.

Latkowski: Według źródła "Tygrys" i Marius Olech stoją za OLT i Amber Gold

Według źródła dziennikarzy to Jan P., pseudonim "Tygrys" i biznesmen Marius Olech stoją za powstaniem OLT i Amber Gold - wynika z zeznań Sylwestra Latkowskiego składanych w środę przed sejmową komisją śledczą ds. Amber Gold.

Latkowski powiedział, że wraz z dziennikarzem Michałem Majewskim otrzymali notatkę ABW, która była dla nich cenna. Tam zwróciliśmy uwagę na jeden fragment - powiedziano o spotkaniu dotyczącym powstania OLT w domu Mariusa Olecha, gdzie miało to dojść do spotkania chyba z panem Wicherkiem i Marcinem P. - mówił przed komisją.

Powiedział, że jako dziennikarze zaczęli sprawdzać tę notatkę i zadzwonili do Mariusa Olecha. Powiedział, że jest to nieprawda, że nie zna Marcina P., i że jest to blef - zamieściliśmy to w artykule. Napisaliśmy, że jest taki plan śledztwa i wymieniono tam Mariusa Olecha. Daliśmy mu prawo głosu i w całości jego wypowiedź wiernie zacytowaliśmy - dodał.

Wyjaśnił, że w ramach dziennikarskiego śledztwa poszli tym tropem - "wypytywaliśmy o +Tygrysa+, Mariusa Olecha i o związki z Amber Gold".

Okazało się, że wiele źródeł mówiło wprost - i mówię tu o wielu źródłach - o przestępcach, byłych policjantach, byłych funkcjonariuszach służb specjalnych i obecnych wtedy funkcjonariuszach, którzy wprost mówili nam, że według nich historia ma wyglądać w ten sposób, że "Tygrys" miał dać 5 mln złotych, albo dolarów - musiałbym sprawdzić notatki - relacjonował Latkowski przed komisją.

Te pieniądze zostały mu zwrócone, tutaj osobą, która odegrała też rolę był Marius O. - dodał.

Podał, że spotkał się z Michałem Majewskim z inną osobą. Spotkaliśmy się też z drugą osobą, która nie była źródłem informacji ABW w tym planie śledztwa. Zupełnie niezależną osobą, która sama się skontaktowała ze mną, że chce porozmawiać z nami - opisywał, nieujawniając tożsamości tej osoby.

Z Michałem Majewskim spotkaliśmy się z tą osobą. Niestety zastrzegła ona, że chce być źródłem - my nie możemy powiedzieć kto to jest. Ale to jest ktoś z bardzo bliskiego kręgu Mariusa Olecha. Ktoś, kto nam mówił: "widziałem na własne oczy"- mówił komisji.

Według relacji świadka ta osoba przekazała im informację o zdarzeniu, do którego miało dojść dużo wcześniej niż powstało OLT. Powiedział, że on widział Marcina P. u Mariusa Olecha z jeszcze jakąś inną osobą. Opowiedział też, że tego samego dnia był w biurach Mariusa Olecha w Sopocie przy Kołobrzeskiej (...) i tam pojawił się "Tygrys" z walizką - opisywał.

Nasz rozmówca twierdził, że musiały tam być pieniądze. On to tak odbierał, że była to walizka, w której się właściwie przenosi pieniądze - zaznaczył.

Bardzo krótko był "Tygrys". Zostawił tę walizkę i później Marius Olech wziął ze sobą tę walizkę. Spotkanie, na którym miał pojawić się Marcin P. miało być wieczorem - on określił, że ok. godz. 22.00-23.00" - powiedział Latkowski.

To był nasz drugi trop potwierdzający to, co znaleźliśmy kilka miesięcy wcześniej w tej notatce ABW - zaznaczył. Ta osoba zaczęła pokazywać znajomych Mariusa Olecha na Facebooku, mówiąc kto jest kim - podał. Zaznaczył, że robił zrzuty tych danych, bo prezentowane były na jego laptopie.

Podał, że źródło mówiło o kilku sprawach obyczajowych związanych z Mariusem Olechem, co interesowało dziennikarzy w związku ze sprawą zaginionej Iwony Wieczorek. Zresztą ten wątek nigdy nie został sprawdzony, a powinien dla zasady być wyjaśniony - dodał.

Wątek poruszony przez Latkowskiego podsumował Witold Zembaczyński z Nowoczesnej. Czyli świadek mówi tak: "Tygrys" przyniósł pieniądze w walizce, Olech uczynił z Marcina P. słupa i oni stoją za Amber Gold? - pytał polityk Nowoczesnej.

Tak mówią źródła, a nie świadek. Opowiedziałem to, co źródła powiedziały"- odpowiedział Latkowski.

Ale tak należy podsumować te zeznania, które pan złożył, ze swoich informacji ze źródeł? - dopytywał Zembaczyński. Tak - odparł świadek.

Latkowski mówił, że w sierpniu 2012 jeszcze przed wybuchem afery Amber Gold "pan Frankowski i inni menedżerowie" zaczęli im opowiadać historię z perspektywy wnętrza Amber Gold. Tak naprawdę wtedy zaczęliśmy poznawać tak po dziennikarsku, że coś jest nie tak, że służby nie reagują - prokuratura, CBŚ, ABW - tłumaczył.

Jak powiedział, pokazywano im dokumenty księgowe, m.in. dotyczące kwoty 35 mln zł wydatkowanej na media w postaci reklam. Te kwoty były różne - Marcin P. przesłał nam inną kwotę, ale mówił, że chodzi o pieniądze zapłacone - może umowy zakładały wyższą kwotę, a reszty trzeba było dochodzić - mówił.

Zaznaczył, że pytali też właściciela "Wprost" Michała Lisieckiego, ile ich gazeta wzięła od tego reklamodawcy. Według niego kwota miała wynieść 1 mln zł, ale umowa opiewała na 400 tys. zł, z czego zapłacono 270 tys. zł. Mamy tam też inne podmioty - po milion, dwa miliony złotych - dodał.

Wskazał, że w redakcji on i Majewski mówili, "że Marcin P. to jest oszust", żeby redakcja "skończyła z podawaniem jego wersji, że bronimy biznesmena, że napadło go ABW". Myśmy wykazali, że notatka, którą Marcin P. się posługuje - o operacji IKAR - jest fałszem, jego manipulacją. W tej sprawie pomógł nam płk. Tarnowski - że nie jest to notatka Agencji, bo brak jej paru rzeczy. Dlatego wprost napisaliśmy, że to sfałszowana notatka - relacjonował komisji.

Latkowski: Ja nazywam Trójmiasto "małą Sycylią"

Śledczy oraz osoby w prokuraturze mówiły nam wprost, że śledztwo w sprawie Amber Gold było prowadzone od 2009 r. ale zostało schrzanione - zeznał b. dziennikarz tygodnika "Wprost" Sylwester Latkowski.

Latkowski powiedział, że wraz z innym dziennikarzem "Wprost" Michałem Majewskim apelowali o przeniesienie śledztwa dotyczącego Amber Gold z Trójmiasta.

Wykazywaliśmy, że prokurator Różycki (Dariusz, wówczas szef prokurator Prokuratury Okręgowej w Gdańsku) nie jest osobą, która może nadzorować takie śledztwo, bo sam ma niewyjaśnioną sprawę BMW, w pewien sposób funkcjonuje, gdzie się krzyżuje z pewnym światem, np. umawia się w hotelu na imprezy, na których jedna z osób jest rozpracowywana w sprawach narkotyków (...) - mówił dziennikarz.

My wprost mówiliśmy, że to jest nienormalna sytuacja, nienaturalna sytuacja - dodał.

Szefowa komisji Małgorzata Wassermann (PiS) pytała czy dziennikarze "Wprost" badali dlaczego sprawa Amber Gold była w ten sposób prowadzona. Wprost nam mówili śledczy i osoby w prokuraturze, że śledztwo było prowadzone od 2009 r. ale zostało schrzanione - odpowiedział.

Sprawą dot. Amber Gold - po zawiadomieniu złożonym przez Komisję Nadzoru Finansowego, że spółka ta prowadzi działalność bankową bez stosowanego zezwolenia - zajmował się od końca 2009 r. Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Wrzeszcz. W czerwcu 2012 r. postępowanie ws. Amber Gold zostało przejęte przez gdańską prokuraturę okręgową. Ta prokuratura postawiła w sierpniu 2012 r. szefowi spółki Marcinowi P. pierwszy zarzut. Jesienią 2012 r. śledztwo przeniesiono do Prokuratury Okręgowej w Łodzi, która w czerwcu 2015 r. sporządziła akt oskarżenia ws. Amber Gold.

Latkowski kontynuował też wątek gdańskiego biznesmena Mariusa Olecha. Jak wskazał, pozyskanych informacji wynika, że Olech miał tendencję do tego, by robić różne interesy poprzez "podstawione osoby". Metodą funkcjonowania Olecha, według naszych źródeł, to były właśnie słupy. To nam nawet pasowało do wersji Amber Gold. To jest człowiek, który obraca niebotycznymi pieniędzmi, który potrafi przepuścić potężne pieniądze - powiedział.

Mówił też o kwestii obsługi prawnej szefów Amber Gold, małżeństwa Marcina i Katarzyny P. oraz Olecha. Gdy przygotowywałem się do tej komisji przypomniałem sobie, że Marcin P. i Katarzyna P. pytani (podczas spotkania z Latkowskim i Majewskim w sierpniu 2012 r. - PAP) kto ich obsługuje prawnie, wymienili Łukasza Daszutę i kancelarię Glanc. Tak wymienili - mówił.

Jakbyście państwo sprawdzili kto, kogo reprezentuje: Katarzynę P., Marcina P., Mariusa Olecha, to np. prawnik, który dwa lata temu był związany partnersko z kancelarią Glanc. Taka jakaś zbieżność, na ilość kancelarii tam, że w pomocy prawnej korzysta się z tej samej kancelarii - stwierdził.

Latkowski mówił też, że według jego źródeł, u Olecha często pojawiali się politycy. W tym kontekście wymienił m.in. prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Oni byli z resztą w bliskich relacjach. Te relacje przestały być bliskie, kiedy wybuchła sprawa Amber Gold, to o tyle ciekawe - powiedział Latkowski. Jak mówił Sopot to małe miasto. To, że się ludzie znają, ocierają, wynika z tego, że na wielu imprezach oni się wszyscy spotykają. Taka jest prawda, że tam gangsterzy, biznesmeni, politycy się ocierają - mówił.

Ja nazywam Trójmiasto "małą Sycylią", tam się zatarły granice, że z kimś się nie bywa, z kimś się nie powinno bywać. Tam po prostu tak jest - dodał świadek.