Dopiero media społecznościowe dały kobietom to, czego policja, sądy i ich bliscy często dać nie mogli bądź nie chcieli: możliwość opowiedzenia o swoich krzywdach i wiarę w ich opowieść. Na naszych oczach wiele rzeczy się zmienia. Na poziomie osobistym kobiety powoli zdają sobie sprawę, że ich olbrzymi dyskomfort w wielu sytuacjach społecznych i relacjach prywatnych nie jest majaczeniem histeryczki, a mężczyźni rewidują historię swoich związków, nagle rozumiejąc, że mogli mniej lub bardziej nieświadomie wykorzystywać społeczne przyzwolenie na uprzedmiotowienie kobiet i kogoś poważnie zranić. Na poziomie systemowym zmniejsza się tolerancja dla przekraczania granic w miejscu pracy, na uczelniach, na imprezach; przestępstwa seksualne traktuje się nieco poważniej. A co najważniejsze, coraz więcej winowajców zostaje publicznie wskazanych przez ich ofiary i publicznie potępionych.

To dobrze. Ale być może czas opuścić buldożer. Może trzeba go wyłączyć, wyleźć na owe hałdy w walonkach, zakasać rękawy i chwycić za narzędzia nieco mniej efektowne, ale bardziej precyzyjne (łopaty, koparki). Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że zaraz przestaniemy wywierać pozytywny społeczny wpływ, a zamiast tego się efektownie samozaoramy.

Zacznijmy od tego, że żadne przekonania nie wiszą w próżni. Przyjmując na łono swego umysłu jakąkolwiek tezę, przyjmujemy ją – czy tego chcemy, czy nie – z całym inwentarzem założeń i argumentów, które do niej prowadzą, a także wszystkim, co z niej wynika. Może ktoś i chciałby uważać, że marchew jest zdrowa, jednocześnie twierdząc, że beta karoten jest cichym zabójcą, ale takiemu panu już dziękujemy. A poparcie dla #MeToo, a w szczególności dla publicznego wywoływania sprawców (za Francuzkami, które zamiast "Ja też" miały hashtag "Wydaj swoją świnię") ciągnie za sobą cały tabor takich założeń.

Są to tezy dotyczące kultury (patriarchat istnieje, gwałt i końskie zaloty leżą na jednym kontinuum nawyków kulturowych, które uprzedmiatawiają kobiety i ignorują ich autonomię itp). Ale są też tezy quasi-prawne i to nimi chciałabym się zająć. Żeby z czystym sumieniem akceptować wszelkie przejawy #MeToo, trzeba być na przykład przekonanym, że kobiety powinny mieć możliwość publicznego formułowania ciężkich oskarżeń bez obaw o proces o zniesławienie czy społeczny lincz. Jak inaczej można namawiać kobiety do wyznań? A po drugie, trzeba mieć specyficzny stosunek do prawdziwości takich wyznań – jeśli bowiem popieramy publiczne "wydawanie świń", musimy mieć zaufanie do wydających. Dlatego też szeroko pojęte środowiska lewicowe domagają się, by ofiarom wierzyć w zasadzie bezkrytycznie. Wezwanie do zaufania słychać wszędzie: Alicja Długołęcka na przykład w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" na pytanie, co zrobić, gdy jakaś osoba mówi o molestowaniu, odpowiada: "Uwierzyć jej. To jest podstawa". Renata Kim we wczorajszym poranku TOK FM powtarza, że pomóc ofierze to jej uwierzyć. Lena Dunham, amerykańska feministka i autorka kultowego serialu "Dziewczyny", twierdzi: "Dopóki nie wierzą nam wszystkim, to nie wierzą żadnej z nas". Na Twitterze jednym z najpopularniejszych hashtagów jest dziś #BelieveAllWomen.