Pan Krzysztof z Warszawy jest szczęśliwym posiadaczem samochodu. Na razie tylko posiadaczem, bo póki co właścicielem jest firma leasingowa. Z finansami różnie bywa, więc zdarza mu się zapłacić ratę z lekkim opóźnieniem. Tak było w listopadzie, gdy szedł na pocztę, by wpłacić od razu dwie, w tym jedną zaległą.

Na początku grudnia dostał od firmy leasingowej pismo, a w nim wezwanie do zapłaty zaległości w terminie siedmiu dni. Najpierw się zdziwił, bo wydawało mu się, że żadnych zaległości nie ma. Potem przeraził, bo w umowie leasingu jest zapis, że w przypadku niezapłacenia dwóch rat firma ma prawo rozwiązać umowę i zabrać samochód. Wreszcie się uspokoił, gdy uświadomił sobie, że w szufladzie leży pocztowy dowód wpłaty. Szybko więc odszukał pokwitowanie i wybrał się do firmy, by wytłumaczyć nieporozumienie. Niczego wytłumaczyć mu się jednak nie udało, bo okazało się, że wpłata na konto nie dotarła. Pojechał więc wyjaśniać sprawę na pocztę.

Pani w okienku była bardzo miła, ale nie potrafiła mu pomóc. Nie wiedziała, jak to się stało, że wpłata nie wpłynęła we właściwym czasie na właściwe konto. Czy system zawiódł, czy człowiek się pomylił. Nie wiadomo.

Pan Krzysztof na brak wyjaśnień machnął ręką. Chodziło mu o to, by szybko rozpatrzeć jego reklamację i by pieniądze przed upływem tygodnia trafiły na konto firmy leasingowej. Rzecz jednak w tym – jak wyjaśniła pani w okienku – że rozpatrzenie reklamacji może trwać miesiąc.

Pan Krzysztof znów się zdziwił, bo przecież to nic skomplikowanego. Prosta sprawa: jest dowód wpłaty, więc co tu rozpatrywać? Pani w okienku (wciąż miła, choć coraz bardziej zestresowana) wyjaśniła, że takie są procedury. A potem nieśmiało dodała, że być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że druk reklamacji wysyłany jest z Warszawy do oddziału w Bytomiu. Mejlowo – stwierdził raczej niż zapytał pan Krzysztof. – Nie, listem poleconym – odpowiedziała pani w okienku.