Sami siebie często nazywają łowcami długów. To nawiązanie do łowców skór. Dziennikarze „Gazety Wyborczej” ujawnili w 2002 r., że pracownicy łódzkiego pogotowia współpracują z zakładami pogrzebowymi. Niektórzy z nich nie tylko sprzedawali informacje o zmarłych, lecz także uśmiercali pacjentów – by zarobić na kolejnej „skórze”. Tak mówili o pacjentach.

Łowcy długów nikogo nie zabijają. Przynajmniej nie dosłownie. Ale też żerują na ludzkiej tragedii.

2007 r. Do 78-letniego mężczyzny mieszkającego w małym mieście przychodzi dwóch mężczyzn. Mówią, że są z firmy pożyczkowej. Żądają spłaty kredytu, który zaciągnęła zmarła przed kwartałem żona staruszka. Pożyczyła 800 zł. Kwota do spłaty: 3,5 tys. zł. Mężczyzna nie ma pieniędzy. Windykatorzy zabierają mu kuchenkę gazową, lodówkę i telewizor. Staruszek wykupuje je za 4,5 tys. zł. O sprawie informują lokalne media, ale ludzie żyją nią tylko przez kilka dni.

2010 r. 75-letnia emerytka z Trójmiasta pożyczyła od jednej ze spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych (SKOK) 1,2 tys. zł na lodówkę. Niedługo po zakupie zmarła. Kasa zgłasza się do rodziny po pieniądze. Żąda zwrotu 5 tys. zł. Egzekwuje pieniądze. O sprawie donosi „Gazeta Wyborcza”. Wszyscy mówią, że tak nie może być. Ale jest.

2012 r. Bezrobotny mężczyzna zaciąga w SKOK-u Stefczyka pożyczkę na 10 tys. zł. Od początku wiadomo, że jej nie spłaci. Nie ma zdolności kredytowej, a jest ciężko chory. Niebawem umiera. Windykatorzy przychodzą do synów i domagają się zapłaty 40 tys. zł. Po tekście „GW” przedstawiciele kasy mówią, że to ich sprawa, komu pożyczają pieniądze i czy zabezpieczenie pożyczki widzą w pożyczkobiorcy, czy w jego dzieciach.

2017 r. Wszyscy mówią, że kiedyś na rynku pożyczkowym i windykacyjnym był Dziki Zachód. A teraz jest już wszystko dobrze. Jest Zachód, ale już wcale nie dziki. Pani Katarzyna, 47-letnia pracownica biurowa, uważa inaczej. Z mężem pożyczyli 12 tys. zł na samochód. Opóźniali się ze spłatą pożyczki, ale dogadali się z firmą, że oddadzą później z większymi odsetkami. Małżonek zmarł. Przedstawiciel windykatora przyszedł do pani Katarzyny dzień przed pogrzebem. – Skąd miał informację, że mąż nie żyje? O tym, że zmarł, wiedziała tylko najbliższa rodzina, urząd i ksiądz – zastanawia się kobieta.

Marzenie zgonowca

Początek 2015 r. Dowiadujemy się, że ściąganie pieniędzy od rodzin niedawno zmarłych osób to nie przypadek. To zorganizowany proceder występujący w firmach pożyczkowych i windykacyjnych oraz w SKOK-ach. Mówią nam o tym nieoficjalnie sami przedsiębiorcy. Głównie konkurenci tych, którzy w wątpliwy etycznie sposób odzyskiwali pieniądze. Nieoficjalna informacja staje się oficjalną w marcu 2015 r. SKOK-i jeden za drugim padają, więc wchodzą do nich zarządy komisaryczne. Paweł Pawłowski, zarządca komisaryczny Kasy Kopernik, w przygotowanym sprawozdaniu wspomina o grupach zgonowych – zespołach windykatorów wyspecjalizowanych w egzekucji należności od spadkobierców zmarłych dłużników. W dokumencie czytamy, że „skuteczność tych grup w ściganiu dzieci i wnuków zmarłych była doskonała”. Ludzie, już nie anonimowo, zaczynają przyznawać, że grupy zgonowe, zwane też łowcami długów, działały w wielu polskich firmach. I że w wielu działają nadal.

Zdarzało się, że tacy bandyci wykorzystywali ludzką niewiedzę lub niską świadomość prawną swoich ofiar do tego, by ściągać od spadkobierców długi zmarłego oraz wyłudzać dodatkowe opłaty. Żerowali na emocjach jak strach czy stan przybicia psychicznego po utracie bliskiej osoby – mówi Paweł Grabowski, poseł Kukiz'15, przed kadencją pracujący w branży pożyczkowej. Od razu zastrzega, że jego zdaniem takie działanie windykatorów zasługuje na potępienie.

Udało nam się dotrzeć do osoby, która pracowała w zespole zgonowym. Dalej pracuje w branży windykacyjnej. Jak jednak mówi – na „mniej kontrowersyjnym stanowisku i mniej walącym w głowę”. Podstawowe pytanie, które zadajemy, to dlaczego w ogóle powstały zespoły zgonowe? – Bo egzekucja z rodziny zmarłego jest skuteczniejsza niż z samego dłużnika. Jeśli ten nie spłacał zobowiązań od dawna, to szanse, że w końcu to uczyni, są znikome. Nawet jeśli ma pieniądze, to często widzi, że nie musi tego robić i nic mu się nie stanie. Rodziny płacą znacznie chętniej – słyszymy w odpowiedzi.

Dlaczego żona zmarłego miałaby chętniej spłacić zobowiązania męża niż on sam? Wyjaśnia to Sabina Sadecka, psycholożka i psychoterapeutka, redaktorka portalu opsychologii.pl.

Gdy jesteśmy w żałobie, nasz mózg przestawia się na tryb emocjonalny. Żałoba pochłania bardzo dużo energii i usypia czujność. Wówczas każda z technik manipulacji może być znacznie bardziej skuteczna – mówi. I dodaje, że żałoba to sytuacja kryzysowa, jesteśmy w stanie chaosu i dopiero próbujemy go uporządkować. – Dlatego lubimy wtedy wszystko załatwiać szybko: pogrzeb, stypa, spadek. W momencie, gdy pojawi się dodatkowy problem, nie bacząc na trudności czy wysokie kwoty, chcemy mieć go jak najszybciej z głowy. I wtedy popełniamy wiele błędów. Nie patrzymy na koszty pogrzebu, mówimy sobie, że przecież nie będziemy zmarłemu szczędzić, choć koszty trumny czy ceremonii przewyższają nasz budżet – opowiada.

Nasz informator potwierdza, że to właśnie był modus operandi: skorzystanie z okazji, w której ofiara nie myśli racjonalnie. Najlepiej więc było pójść do niej po spłatę zadłużenia w możliwie najkrótszym czasie po śmierci bliskiego. A już marzeniem dla windykatora były „odwiedziny” jeszcze przed pogrzebem. – Ludzie wtedy chcą jak najszybciej z siebie zrzucić wszelkie problemy. Często też mniej się liczą z pieniędzmi, bo dług rzędu kilkuset złotych jest niczym wobec kosztu organizacji pochówku idącego w grube tysiące – mówi były członek grupy zgonowej.

Tylko jak firma pożyczkowa lub windykacyjna ma się dowiedzieć o śmierci dłużnika? Przecież rodzina w parę dni po smutnym zdarzeniu nie biegnie do wierzyciela z taką informacją. – To proste. Dowiadywaliśmy się w taki sam sposób, w jaki wszelkie inne nekrobiznesy się o tym dowiadują. Niektórzy mają dojścia w szpitalach, inni współpracują z zakładami pogrzebowymi. Na Podkarpaciu nieźle współpraca układała się z lokalnymi urzędnikami wystawiającymi akty zgonu – twierdzi nasz informator.

Do nieba bez długów

Zasadą grup zgonowych było egzekwowanie tylko rzeczywistego zadłużenia. Przychodzili do bliskich tych zmarłych, którzy mieli pieniądze. Choć zdarzały się przypadki egzekucji „lewego” długu. Firmy windykacyjne skupują całe pakiety długów od różnych przedsiębiorstw, m.in. od firm telekomunikacyjnych. Nie wnikają w to, czy operator słusznie naliczył opłatę, czy zrobił to wbrew prawu.

Nie oznacza to jednak, że grupa zgonowa pobierała tylko tyle, ile by wzięła od żyjącego dłużnika. Skoro bowiem skuteczność windykacji była większa, szybko pojawiła się też pokusa zarobienia ekstra. Dlatego standardem było naliczanie opłat za cokolwiek. Najczęściej za tzw. obsługę domową. Sięgały z reguły 20–30 proc. wartości pożyczki.

Wszyscy, z którymi kontaktowaliśmy się – zarówno ci, z którymi rozmawialiśmy w 2015 r., jak i nasi obecni eksperci – mówią zdecydowanie: działalność grup zgonowych to proceder godny potępienia. A w niektórych przypadkach nawet kryminalny. Wszystko przez metody stosowane przez windykatorów. Najskuteczniejszy był wariant łagodny. Dużo osób spłaca długi zmarłych, gdy im się uświadamia: „Mąż na pewno nie chciałby iść na tamten świat z długami”; „Żona była wierząca? Aby trafić do nieba, trzeba spłacać swoje długi”.

Skuteczność egzekucji w grupach zgonowych sięgała nawet 65 proc. Sądzę, że dwie trzecie z tych dwóch trzecich to miłe rozmowy i przekonywanie ludzi, że zmarły chciał zapłacić – mówi były windykator. Tym bardziej że wiele osób nie miało argumentu, iż nie mają pieniędzy. Windykatorzy przypominali wówczas, że przecież rodzina otrzyma zasiłek pogrzebowy. Może więc warto urządzić skromniejszy pochówek, a zamknąć wstydliwy dla zmarłego rozdział? Ale był też wariant ostrzejszy. W ekstremalnych przypadkach kończyło się na groźbach. W wielu firmach windykacyjnych popularny przed kilkoma laty stał się model wysyłania wezwań do zapłaty w kopertach z napisem „Dłużnik”. Ewentualnie w częściowo przezroczystej kopercie znajdowała się kartka z krwistoczerwonym napisem „DŁUG”. Podobnie działały grupy zgonowe. Zapowiadały opornym, że informacje o zadłużeniu będą zostawiać na cmentarzu. By każdy przechodzący alejką obok grobu widział, że zmarła osoba nie była krystalicznie uczciwa. Czy ta metoda była skuteczna? – Bez szału. Ludzie nie lubią, gdy się im grozi. Ale na niektórych rzeczywiście to jedyny sposób – opowiada windykator.

Sabina Sadecka wyjaśnia, że trudno wskazać najskuteczniejsze sposoby, bo każdy z nas jest bardziej podatny na inne techniki manipulacji. Do jednych trafi spokojne przekonywanie i podkreślanie lojalności wobec zmarłego, zaś do innych bardziej przemówi strach przed oczernieniem bliskiego. – Nazwijmy rzecz po imieniu: takie zachowania windykatorów powinny skutkować pociągnięciem ich do odpowiedzialności karnej – twierdzi dr Mariusz Bidziński, wspólnik w kancelarii Chmaj i Wspólnicy oraz wykładowca na Uniwersytecie SWPS. – Zabronione jest grożenie, że będzie się, bez wyroków sądowych, umieszczać jakiekolwiek informacje o tym, kim był zmarły. Zakazane jest też posługiwanie się nieprawdziwymi informacjami w celu zmuszenia osoby do spełnienia świadczeń zmarłego. A naliczanie dodatkowych opłat dozwolone jest tylko, jeśli wynikały one z postanowień umownych – tłumaczy.

Pracownicy grup zgonowych jednak się o swój los nie obawiali. Powód był prozaiczny: choć o ich istnieniu wiele się mówiło, to prawie nikt nie składał zawiadomień do prokuratury. A śledczy przecież dopiero wtedy biorą się do roboty. Postępowania wszczęte z urzędu w związku z nieprawidłowościami w działalności firm pożyczkowych i windykacyjnych od wielu lat należą do rzadkości. Przyznawało to wielokrotnie nawet Ministerstwo Sprawiedliwości.

Nie dziwi mnie, że mało mówi się oficjalnie o tego typu praktykach. Jesteśmy poddanymi kultury wstydu. Osoby oszukane wolą zatuszować sprawę niż szukać sprawiedliwości bądź zadośćuczynienia. Myślimy o sobie w sposób negatywny w takich sytuacjach: jak ja – racjonalny człowiek – mogłem dać się tak zmanipulować? Nie rozumiemy, że w pewnych sytuacjach nasze możliwości poznawcze są mniejsze – wyjaśnia Sabina Sadecka. I dodaje, że nie potrafimy wybaczać sobie błędów. Wstydzimy się więc nieracjonalnych posunięć, mimo że wszyscy je robimy. Wolimy machnąć ręką na to, że zostaliśmy oszukani. – Dlatego działanie nieetycznych firm może być tak skuteczne i czynione bez konsekwencji – uważa Sadecka.

Co więcej, nad ofiarami, które mówią głośno o tym, co je spotkało, też mało kto się użala. Jak spostrzega Sadecka, kiedy ktoś się pomyli, społeczeństwo oznacza go zaraz piętnem idioty i nie próbuje pomóc. Nieważne, czy mamy do czynienia ze sprawami prywatnymi czy biznesem. To zgadza się z efektami prokuratorskich działań. W większości przeanalizowanych przez nas spraw – fakt, sprzed kilku lat – gdy dochodziło do nieprawidłowości przy spłacie pożyczek, śledczy uważali, że nic złego się nie stało. „Pożyczkobiorca ma możliwość dochodzenia swoich praw na drodze cywilnej. Nie ma podstaw do przypisania czynu zabronionego XYZ, choć bez wątpienia doszło do przekroczenia norm moralnych” – czytamy w jednym z uzasadnień o odmowie wszczęcia dochodzenia.

Na pomoc nie ruszyli też politycy. Marcin Święcicki, poseł PO, gdy zapytaliśmy go w 2015 r., dlaczego władza nie przeciwdziała istnieniu grup zgonowych, odparł pewnie, że „tam, gdzie pojawiają się długi, tam pojawia się również silna potrzeba ich egzekucji” i „windykatorzy nie są zagrożeniem”.

Jeszcze mogą działać

Czy grupy zgonowe to przeszłość? I tak, i nie. Rynki pożyczkowy i windykacyjny bardzo w ostatnich latach się sprofesjonalizowały. Z naszych informacji wynika, że w żadnej z kilku największych firm na rynku nie działają grupy zgonowe. Choć w niektórych z nich funkcjonowały jeszcze trzy, cztery lata temu. Nie ma też już grup zgonowych w SKOK-ach (najprawdopodobniej to spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe spopularyzowały działalność grup zgonowych), bo i całkowicie podupadła działalność SKOK-ów.

Nie znam takich przypadków. Być może dlatego, że firmy zrzeszone w związku najczęściej w ogóle nie prowadzą działań windykacyjnych, lecz długi oddają w obsługę zewnętrzną lub sprzedają do wyspecjalizowanych firm – twierdzi Jarosław Ryba, prezes zarządu Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych. Zmienił się też model biznesowy. Duże firmy pożyczkowe już nie odwiedzają klientów w domach. Podobnie firmy windykacyjne. Większość z nich bazuje na efekcie skali. Wolą kontakt telefoniczny i listowny z dłużnikami. Wybierają wariant, że mniej osób spłaci swoje zobowiązania, ale zarazem będą niższe koszty windykacji. Bo nawet kilkanaście telefonów to koszt o wiele mniejszy niż odwiedziny domowe.

Zarazem Jarosław Ryba uważa, że grupy zgonowe mogły istnieć jeszcze niedawno. – Nawet dziś takie mrożące krew w żyłach sytuacje mogą się zdarzać. Na szczęście to margines – twierdzi prezes PZIP.

W miejscowościach do 50 tys. mieszkańców, gdzie ludzie nadal częściej pożyczają w lokalnej firmie niż w Providencie czy Vivusie, a windykację prowadzi ten, kto pożyczył, a nie wyspecjalizowana firma, grupy zgonowe istnieją i będą istnieć. Po co rezygnować z czegoś, co przynosi pieniądze? – pyta retorycznie nasz informator.

Najlepiej było pójść po spłatę zadłużenia w możliwie najkrótszym czasie po śmierci bliskiego. A już marzeniem dla windykatora były „odwiedziny” jeszcze przed pogrzebem. – Ludzie wtedy chcą jak najszybciej z siebie zrzucić wszelkie problemy. Często też mniej się liczą z pieniędzmi, bo dług rzędu kilkuset złotych jest niczym wobec kosztu organizacji pochówku idącego w grube tysiące – mówi były członek grupy zgonowej