"Po tym incydencie słowa takie jak limuzyna, ochroniarz z Żandarmerii Wojskowej, szastanie pieniędzmi, nagabywanie studentek i proponowanie pracy każdemu, kto rozpozna kim jest stało się znakiem rozpoznawczym ówczesnego rzecznika MON" - piszą w piśmie do premiera Paweł Olszewski i Cezary Tomczyk, posłowie PO.

Mowa o imprezie w klubie nocnym w Białymstoku, do której doszło w styczniu zeszłego roku. Misiewicz miał na nią zajechać służbową limuzyną. Potem, jak donosił "Fakt" rzucił się w wir zabawy i co chwila prosił DJ-a, by informował gości, że jest jednym z uczestników zabawy. Osobom, które przysiadały się do stolika, miał proponować pracę w MON.

Politycy PO chcą teraz wiedzieć, czy wiceszef SKW Marek Utracki nie polecił podwładnym w białostockiej delegaturze zabezpieczenia nagrań z monitoringu klubu nocnego. Pytają też, właściciel klubu nagrania przekazał z własnej woli, czy ktoś na niego naciskał. Swoją listę pytań kończą tym, czy wszystko odbyło się na polecenie ówczesnego szefa MON Antoniego Macierewicza.