Polska Akademia Nauk jako korporacja uczonych skupia 350 najbardziej cenionych polskich naukowców, a jej działalność jest finansowana ze środków pochodzących m.in. z budżetu państwa - w kwestii dysponowania nimi Prezes Akademii podlega ministrowi właściwemu do spraw nauki.

Członkowie działającej przy PAN Komisji do spraw etyki w nauce są wybierani spośród kandydatów zgłoszonych przez całe środowisko naukowe i akademickie. Najważniejszym aktem stworzonym przez Komisję jest „Kodeks Etyki Pracownika Naukowego”. Zawiera on zalecenia dotyczące postępowania z danymi naukowymi, procedurami badawczymi, praktykami wydawniczymi, recenzowaniem i opiniowaniem prac. Komisja wyraża także opinie w sprawach dotyczących naruszeń zasad etyki w nauce przez pracowników uczelni, jednostek naukowych Akademii oraz instytutów badawczych, w szczególności w postępowaniach prowadzonych przez komisje dyscyplinarne.

Na swoim ostatnim marcowym posiedzeniu Komisja opracowała stanowisko w sprawie publicznych wystąpień naukowców, które wzbudziło silne kontrowersje wśród jego adresatów. Prośba o upowszechnianie wypracowanych zapisów wśród pracowników uczelni klika dni temu trafiła na biurko prof. dra hab. inż. Jana Szmidta, przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Stamtąd zaś powędrowało dalej - do szefów poszczególnych jednostek naukowych.

O jakie konkretnie przesłanie chodzi? Członkowie PAN-owskiej Komisji ds. etyki w nauce (przewodniczy jej profesor Andrzej Zoll) stwierdzili, że z niepokojem obserwują i nagannie oceniają to, że pracownicy uczelni wykorzystują swój autorytet naukowy w debatach politycznych "w warunkach przekraczających kompetencje osoby wypowiadającej się publicznie". Komisja uznała też, że niestosowne jest podawanie przez tych uczonych swoich afiliacji, czyli informacji o tym, jaką uczelnię reprezentują. Zdaniem członków organizacji "może to prowadzić do kompromitacji nie tylko danej osoby, ale także instytucji, w której pracuje".

- To jest absolutny skandal i powrót cenzury - stwierdza chcąca zachować anonimowość pracownica Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. - Z jednej strony dokument zawiera zapis o tym, jak ważny jest udział ludzi nauki w dyskursie publicznym, a z drugiej - stwierdza się, że korzystanie z autorytetu naukowego w debatach politycznych jest nieetyczne i naganne - mówi adiunkt.

Poproszony przez nas o komentarz w sprawie profesor Andrzej Zoll zapewnia jednak, że intencje Komisji opracowującej dokument zostały opacznie zrozumiane.

- Wątpliwości wynikają z nieporozumienia - stwierdził przewodniczący Komisji ds. etyki w mediach. - Nie chodzi o odebranie głosu któremukolwiek z uczonych. Komisji chodziło o niepowoływanie się na stanowisko naukowe, jeśli podnoszony problem nie ma w danej dyscyplinie oparcia. Zarzut przywracania cenzury jest więc całkowicie bezzasadny. Nasze stanowisko miało związek z wypowiedziami niektórych członków różnych komisji, których kompetencje nie miały nic wspólnego z przedmiotem badań danej komisji - wyjaśnił. 

Przedstawiciele środowisk naukowych, z którymi rozmawialiśmy, nie wydają się jednak przekonani tymi wyjaśnieniami. Szukając możliwych przyczyn, które zadecydowały o wydaniu przez Komisję kontrowersyjnego stanowiska, stwierdzają, że profesora Zolla raczej trudno posądzać o chęć "wyciszenia" głosu liberałów. Ich zdaniem chodzi raczej o zablokowanie udziału w dyskursie publicznym zwolenników środowisk prawicowych. Co ważne: próba wprowadzenia tych ograniczeń bulwersuje zarówno jednych, jak i drugich.  

- To stanowisko Komisji jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe i niewytłumaczalne - mówi Aleksander Temkin, przewodniczący ruchu społecznego i stowarzyszenia Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. - Nieważne, komu chce się zamknąć usta. Chodzi o to, że to realne zagrożenie dla pluralizmu i swobody wyrażania myśli, które nigdy nie kończy się dobrze. Naukowcy pełnią ważną funkcję recenzencką w życiu publicznym. Realizuje się ona m.in. poprzez wypowiadanie się na ważne społecznie tematy, wydawanie opinii i krytycznych ocen zjawisk, wydarzeń, sytuacji. Jeśli rektorzy zechcą wywrzeć wpływ na pracowników podległych sobie uczelni i "zdyscyplinować" ich tak, aby respektowali stanowisko Komisji, ta funkcja recenzencka zostanie zablokowana. To jest szczególnie niepokojące w kontekście reform proponowanych przez ministra Gowina, które dadzą wręcz nieograniczoną władzę rektorom, a równocześnie uzależnią ich od ciał politycznych - konstatuje.

W myśl nowych przepisów wybór rektorów będzie bowiem uzależniony od nowego organu - rad uczelni. Będą się one składały nie tylko z przedstawicieli uczelni, ale także ludzi z zewnątrz, z szeroko pojętego otoczenie społeczno-gospodarczego. O składzie rad będą decydowały senaty uczelni, a jej członkowie będą wskazywać kandydatów na rektora. Jednocześnie mają zostać zwiększone kompetencje samych rektorów. Krytycy reformy twierdzą, że jeśli nowe prawo wejdzie w życie, uprawnienia rektora będą porównać do dyktatorskich. Będzie on odpowiedzialny za zarządzanie uczelnią, jej gospodarkę finansową, a także tworzenie struktury organizacyjnej. Szczególny sprzeciw krytyków reformy budzi zapis o tym, że rektor miałby decydować o obsadzie personalnej stanowisk kierowniczych. Podkreślają oni, że zgodnie z wieloletnią tradycją akademicką dziekani byli wyłaniani w drodze wyborów. 

O tym, czy i jaki wpływ na uczestnictwo naukowców będzie miało kontrowersyjne stanowisko Komisji, będzie pewnie można przekonać się już w niedalekiej przyszłości. Na razie wiadomo już na pewno, że zapoznanie z nim pracowników uczelni swoim zalecił swoim podwładnym - dziekanom i kierownikom jednostek organizacyjnych - rektor Uniwersytetu Warszawskiego, dr hab. prof. UW Marcin Pałys. Nie ma jednak informacji o tym, jak będzie to wyglądało w praktyce.

Kilka uczelni wyższych (UMSC z Lublinie, Politechnika Rzeszowska) opublikowało już stanowisko Komisji na swoich stronach internetowych, w zakładkach dla pracowników.