Po najsilniejszym wstrząsie podziemnym w historii kopalni Zofiówka pierwsze informacje były optymistyczne – uratowano dwóch górników. Ale dziś wiemy już, że dwóch kolejnych nie żyje, a trzech innych pozostaje pod ziemią. Szuka ich kilkuset ratowników górniczych pracujących na zmiany.

Kiedy przyjechałam w niedzielę, dzień po wypadku, przed bramą kopalni ludzie zaczęli palić znicze. Wtedy właśnie przyszła wiadomość o pierwszej ofierze śmiertelnej. Jedna z kobiet stoi i długo patrzy na palące się płomienie. – Wiecie coś nowego? – pyta cicho kręcących się wokół dziennikarzy. Nie wiemy. Czekamy. Wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, że godziny zamieniają się w doby.

Nieco dalej stoi głośna grupka górników z kopalni. Nerwowo palą papierosy i próbują ustalić, kto jeszcze jest na dole. „Ślusarz, elektryk...” – i tu padają imiona. Ale zaraz pojawiają się też nazwiska winnych tragedii, bo przy okazji takich wypadków rozgoryczenie górników sięga zenitu. Dziennikarzom również się obrywa. Kolega z telewizji podchodzi, by spytać, czy chcą porozmawiać o tym, co się mogło stać na dole. W odpowiedzi słyszy wiązankę przekleństw.

Ale poza tym wokół panuje specyficzna cisza. Może dlatego, że w niedzielę kopalnia i tak nie fedruje, więc wszystkie pobliskie kioski, sklepiki i biura są nieczynne, a na parkingu jest niewiele aut? A może to po prostu atmosfera przygnębienia.