Zdaniem Roberta Sowy wpływ na to, że niektórzy kucharze nie wytrzymują presji i nie radzą sobie ze stresem, wynika z tego, że z jednej strony goście oczekują od nich bycia w pełnej gotowości, a z drugiej oni sami potrafią się nakręcać i potęgować rywalizację między sobą.

- Goście z całego świata wymagają od nas cały czas bycia w pełnej gotowości, większej kreatywności i zaskoczenia, najlepszych produktów podanych niebanalnie i w nietypowych połączeniach smakowych. Sami kucharze też potrafią się nakręcać i potęgować rywalizację, co na pewno nie pomaga bezstresowemu podejściu do zawodu. Konkurencja środowiska jest bardzo duża, a pęd do sukcesu i sławy ogromny – mówi.

Dodaje, że dziś w czasach kultu indywidualizmu jest to jeszcze bardziej nasilone i trudne. - Na pewno popularność gotowania i gastronomii w mediach sprzyja większemu stresowi, a słabsze jednostki mogą czuć się zagubione – uważa.

Odnosząc się do tragicznej śmierci Anthony’ego Bourdaina oraz innych samobójstw, które miały miejsce w świecie gastronomii, przyznaje, że to nie tylko ciężka praca fizyczna, ale również wymagająca odpornej psychiki. - Od rana do późnych godzin nocnych na nogach na tzw. "pełnych obrotach", ciągła presja oceny, wystawianie się na krytykę. Bardzo dużo stresu i nerwów; problemy z pracownikami, ogromne parcie na jakość, chorobliwe ego szefa lub właściciela, pęd do osiągania coraz większych sukcesów i też ciągle stawiana poprzeczka coraz wyżej i wyżej, powoduje, że bardzo często szuka się ujścia skumulowanych emocji i uczuć, dać upust swoim nagromadzonym frustracjom – mówi.

Choć jego lokale zostały wyróżnione czapkami Żółtego Przewodnika Gault&Millau, który podobnie jak przewodnik Michelina, który wyróżnia lokale gastronomiczne gwiazdkami, jest jedną z najbardziej renomowanych i wpływowych publikacji tego typu na świecie i od pięciu lat wydawany jest w polskiej wersji, uważa, że "nagrody te nie są warte życia człowieka". - Jest miło, jeśli je otrzymujemy i jesteśmy wyróżniani, ale to ma później tylko jeszcze silniejsze przełożenie na nasz stres, opinię o naszym miejscu i czasem dochodzi do głosu nasza chora do bólu ambicja, tylko nieliczni potrafią umieć nad tym zapanować – wyjaśnia.

Przyznaje jednak, że nie każdy jest odporny na utratę zaszczytów i sławy. - Każdy przeżywa to w inny sposób, ja osobiście wiem coś na ten temat. Hasłem przewodnim dla mnie jest: "Miarą twojej sławy jest ilość wrogów", a to w życiu zarówno prywatnym i zawodowym na pewno nie pomaga. Lubimy pochwały i sukces, a przecież trwa on zaledwie parę chwil. Sztuką jest robić swoje i być po prostu zadowolonym – wyjaśnia.
Światowe sławy gastronomii jak Jamie Olivier, czy Gordon Ramsay przyznają, że ta branża jest pełna używek takich jak alkohol, czy narkotyki, co sprawia, że wielu kucharzy i szefów kuchni nie stroni od nich i w ten sposób próbuje poradzić sobie z codziennymi problemami.

Ich słowa potwierdza również Sowa. - Problem uzależnienia bywa w każdym zawodzie, a gastronomia jest wyjątkowo nie odporna na stres, chaos, presje ze strony szefów i gości. Polska lat 80. to duża ilość alkoholu, hazardu i nocnego życia. Dziś do tego wszystkiego doszły dopalacze i narkotyki, łatwość dostępu do używek, postęp technologii itd.. Trzeba mieć naprawdę silny kręgosłup moralny, by być odpornym na wszelkie pokusy – mówi.

Pytany o to, czy udaje mu się znaleźć złoty środek między pracą a życiem prywatnym, odpowiada, że od ponad 30 lat, a więc, od kiedy pracuje w branży, nie udało mu się to. - Jestem pracoholikiem, ale to lubię i jest to niezbyt groźne dla otoczenia. Na szczęście moja praca to również moje hobby, co powoduje, że rzadko narzekam na zmęczenie i dużą ilość pracy. Jestem szczęśliwy z powodu tego, co robię, a moja restauracja jest moim drugim domem. Cieszę się codziennie rano jadąc tam, cieszy mnie spotkanie z gośćmi i cieszą mnie opinie o mojej restauracji – mówi.

I dodaje, że jego siłą w codziennych zmaganiach się z szarą rzeczywistością kuchenną jest oddany i pomocny zespół, który pracuje z nim od lat. – Za to jestem mu niemal codziennie wdzięczny – podkreśla.