- Trudno mnie nazwać zaangażowanym działaczem. Nie należę do żadnej organizacji. Uaktywniam się raczej w sytuacjach skrajnych. Chodzę wtedy na protesty - wyjaśnia Michał Modlinger w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

- Tego dnia byłem na kolacji z ciotką. Po niej odpaliłem internet, żeby zobaczyć, co się dzieje. Dowiedziałem się, że prezydent Duda podpisał ustawę o Sądzie Najwyższym. Po cichu liczyłem, że będzie jednak weto. Pojechałem na Krakowskie Przedmieście. Szedłem od strony pl. Zamkowego. Zobaczyłem akcję sprejowania po chodniku. Policja zatrzymała kilka osób. Zaprowadzono je pod ścianę przy kinie Kultura. Były do niej przyparte. Moim zdaniem było to nieadekwatne do sytuacji - mówi 28-latek.

Dalej utrzymuje, że "demonstranci wołali o pomoc". - W pewnym momencie jedna z zatrzymanych osób odwróciła się i rozpoznałem, że to nauczyciel z mojego liceum. Nie uczył mnie osobiście, ale zapamiętałem go jako aktywnego społecznie, uczestniczył w życiu szkoły. Zadziałało to na moje emocje. Próbowałem dojść do nich. Wtedy jeden z policjantów powiedział do mnie: „Wyp..j”. Wbił się drugi kordon policjantów. Ludzie krzyczeli. Pojawiły się kamery. Były dwa główne hasła: „ZOMO” i „Uwaga, uwaga, tu obywatele”. Nie byłem wodzirejem. Te hasła krzyczeliśmy wszyscy, w dużej grupie. Energia tłumu. Wtedy policja zaczęła nas na siłę odpychać. Policjant, prawdopodobnie przez przypadek, mocno szturchnął mnie w żebro - kontynuuje.

Na pytanie o nagranie wideo zarejestrowane przez TVP Info, na którym widać, jak Modlinger skanduje "ZOMO" i macha rękami w kierunku policjantów, sprawca całego zamieszania wyjawia, że "łatwo to ocenić negatywnie, nie znając kontekstu". - Jestem niemalże pewny, że ten film nagrano chwilę po tym, jak policja użyła gazu. Policjant bez czapki wyciągnął do góry gaz i psiknął nim przez kilka sekund. Pojawiła się rozproszona chmura. Wcześniej nie widziałem, by ktokolwiek z tłumu używał przemocy wobec policjantów. Gaz nie był skierowany bezpośrednio na mnie. Zobaczyłem chmurę, zamknąłem oczy. Poczułem mocne pieczenie w przełyku, jakbym połknął dużo papryczek chili. Skóra mnie piekła. Nie będę robił z siebie męczennika, nie odszedłem stamtąd. To sprawiło wręcz, że byłem jeszcze bardziej zdenerwowany - wyjaśnia.

- Moje zachowanie nie miało na celu skrzywdzenia kogokolwiek, naruszenia nietykalności policjantów i przeszkadzania im w działaniu, bo takie mam zarzuty. Choć to prawda: dotknąłem ręką policjanta. Ale było to przypadkowe. Skakałem, machałem rękami, ale nie miało to na celu zrobienia komuś krzywdy. Zresztą nikomu nic się nie stało. Był to mój sposób, żeby wyrazić niezgodę na zachowanie policji - twierdzi Modlinger.

- Już po wszystkim pomyślałem o sobie: co za idiota. Zajmuję się filmem i dałem się wykorzystać. Zabrakło mi refleksu, żeby pomyśleć, że z boku może to źle wyglądać i być wykorzystane przeciwko protestującym. Przez emocje nie brałem tego pod rozwagę, mimo że kątem oka widziałem kamerę. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem film, nie przypuszczałem, że to się tak nakręci. Myślałem: dobra, wyglądam jak idiota, ludzie się pośmieją. A potem się okazało, że puszczają to na okrągło w telewizji i powiedziała o mnie w „Wiadomościach” sama Danuta Holecka - opowiada.

Przyznaje też, że żałuje, że jego "energia była skierowana na konkretnych policjantów", ale samego udziału w manifestacji antypolicyjnej się nie wstydzi. - Ludzie mi wytykają, że nie wiem, co to ZOMO. Wiem, że do ZOMO polskiej policji jest bardzo daleko. Zdaję sobie sprawę, że gdybym tak skakał i krzyczał na policjantów za komuny, byłbym spałowany albo – kto wie – skończyłbym jak Grzegorz Przemyk. Skandowanie „ZOMO” to była parabola. Krzycząc to, chciałem zwrócić uwagę, że policja przekracza uprawnienia - mówi.

Na koniec wyjaśnia też, że rodzina nie ma do niego żalu. - Kiedy ujawniono moje nazwisko, ludzie na Twitterze zaczęli pisać rzeczy straszne, odnoszące się do mojego żydowskiego pochodzenia: że dla takich jak ja komory gazowe powinny dalej funkcjonować, że lewacka świnia, potomek ubeków. Grożono mi śmiercią i pobiciem (...). Ojciec powiedział, że musi mi zrobić szkolenie z zachowania na demonstracji, że w takich sytuacjach muszę być jak obrońca w polu karnym, czyli ręce za siebie. Nauka na przyszłość - podsumowuje.

Wiadomo, kim jest mężczyzna, który zaatakował policjantów przed Pałacem Prezydenckim

Prokuratura przedstawiła Modlingerowi zarzuty w miniony wtorek, 7 lipca. Dotyczyły one naruszenia podczas manifestacji przed Pałacem Prezydenckim nietykalności cielesnej dwóch policjantów, stosowanie wobec nich przemocy i znieważenia podczas służby. Ma też dwa razy w tygodniu stawiać się na komisariacie.

Wtedy też policja ustaliła personalia mężczyzny. Portal wPolityce.pl doniósł, że Michał M. to operator filmowy, który ostatnio pracował m.in. przy serialu "Wojenne dziewczyny", zrealizowanym przez prywatnego producenta i pokazywanym w TVP. Mężczyzna jest synem Jerzego Bernarda Modlingera, szkoleniowca Akademii Telewizyjnej TVP, niegdyś działacza Solidarności i dziennikarza "Tygodnika Solidarność".

Jak ustaliła PAP, mężczyzna został przesłuchany we wtorek rano w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ.

- Mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące naruszania nietykalności cielesnej funkcjonariuszy publicznych, wywierania groźbą lub przemocą wpływu na funkcjonariusza policji w celu zmuszenia go do zaniechania czynności służbowej związanej z zabezpieczaniem zgromadzenia publicznego odbywającego się przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, a także znieważania funkcjonariusza podczas i w związku z wykonywanymi czynnościami służbowymi. Podejrzany nie przyznał się do postawionych mu zarzutów i odmówił składania wyjaśnień – poinformowała PAP prok. Izabela Dołgań-Szymańska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie i dodała, że pokrzywdzonych w tej sprawie jest dwóch policjantów.

Michał M. miał m.in. popychać i odpychać tych funkcjonariuszy. Podejrzany został objęty dozorem, dwa razy w tygodniu musi meldować się na komisariacie.

Zarzuty wobec Michała M. są konsekwencją nagrania, które opublikowała TVP Info, a później także KSP na swojej stronie internetowej. Widać na nim młodego mężczyznę, który krzyczy do funkcjonariuszy "ZOMO! ZOMO!", a następnie popycha lub nawet uderza jednego z nich, policja rozpoczęła poszukiwania. Wiele osób wskazywało, że agresywny mężczyzna to najprawdopodobniej Viacheslav S., obywatel Ukrainy. Te informacje się jednak nie potwierdziły. Ukrainiec zeznał, że w ogóle nie brał udziału w zgromadzeniu.

Manifestacja odbyła się 26 lipca przed Pałacem Prezydenckim. Protestowali tam przeciwnicy zmian w sądownictwie. Krytykowali podpisanie przez prezydenta Andrzeja Dudę nowelizacji ustaw m.in. o Sądzie Najwyższym, ustroju sądów, Krajowej Radzie Sądownictwa i o prokuraturze.

Po formalnym zakończeniu zgromadzenia część manifestantów została przed Pałacem. W stronę funkcjonariuszy miały polecieć puste butelki, policjanci mieli być kopani, gryzieni, miano kierować w ich kierunku wulgarne hasła. Grupa osób próbowała przerwać policyjny kordon. Jedna z uczestniczek weszła na betonowe podwyższenie tuż obok policji z flagą "NAPAD", z megafonów wokół rozlegał się dźwięk syren. Grupa skandowała niecenzuralne słowa pod adresem prezydenta. Vis a vis kościoła przy Pałacu Prezydenckim doszło do użycia gazu łzawiącego. - Zrobił się prawdziwy kocioł, policja miała kogoś zatrzymać, chciano temu zapobiec. Policja użyła gazu – relacjonował PAP jeden z uczestników.

Rzecznik KSP wyjaśniał, że funkcjonariusze użyli gazu w reakcji na to, że "wcześniej wobec nich ktoś użył gazu". Podano, że dwóch policjantów doznało obrażeń. Postawę funkcjonariuszy jako profesjonalną ocenił m.in. Szef MSWiA Joachim Brudziński.