Popularny wśród przeciwników PiS pogląd głosi, że Jarosław Kaczyński zrobi wszystko, byle tylko utrzymać się przy władzy. Dowodem na to ma być nie tylko trwająca do niedawna koalicja z LPR i Samoobroną, ale także utrzymywanie w bezpośrednim otoczeniu ludzi z PZPR-owską przeszłością - przy jednoczesnym pryncypialnym potępianiu wszystkiego, co ma związek z dawnym systemem. To zdaniem krytyków przede wszystkim świadectwo cynizmu kryjącego się za wszelkimi ideowymi deklaracjami PiS. Można jednak patrzeć na tę sprawę także w inny sposób - jako na przejaw głębokiego kryzysu politycznego antykomunizmu. O tym pisze dziś na naszych łamach znany politolog i publicysta Rafał Matyja. Jego zdaniem polityczny antykomunizm na naszych oczach schodzi ze sceny. Zabiła go przede wszystkim konieczność prowadzenia politycznych targów w walce o władzę - działania antykomunistów od lat 90. aż po dziś dzień zwykle kończyły się klęską, bo wciąż ukazywały nieuchronny rozziew między deklaracjami a polityczną praktyką. Porażka politycznego antykomunizmu wynikała jednak także z jego własnych błędnych diagnoz: jednostronnej, skrajnie negatywnej oceny PRL i lekceważenia instytucjonalnych ram odziedziczonych po dawnym ustroju.

p

Rafał Matyja*

Dlaczego polityczny antykomunizm przegrał

Logika rywalizacji wyborczej jest dziś silniejsza od długofalowych strategii głównych ośrodków politycznych. To ona nadała ton V kadencji Sejmu, wydłużając poza granice zdrowego rozsądku wyborczy spór między PO a PiS. Dziś liderzy tych ugrupowań w pogoni za symbolicznym zwycięstwem nie cofną się przed niczym. Zaproszą na listy najbardziej ryzykownych kandydatów, złamią każdą obowiązującą dotąd regułę. Ostatnio ofiarą tej zabójczej logiki padł polityczny antykomunizm. Prawo i Sprawiedliwość usunęło go wprawdzie z pierwszej linii swojego programu już w roku 2005. Nie był to wyłącznie zabieg taktyczny. Pomysł speców od marketingu politycznego zyskał z czasem rangę strategii. Podział na Polskę liberalną i solidarną, wzmocniony antyliberalną koalicją z LPR i Samoobroną, podważył w istocie diagnozę o postkomunistycznych źródłach kryzysu III Rzeczypospolitej. Likwidacja WSI czy nowa polityka orderowa prezydenta to w zasadzie jedyne pozostałości dawnej antykomunistycznej orientacji PiS. Sposób postępowania z ustawą lustracyjną, łagodność wobec mało chlubnej przeszłości kluczowych postaci rządzącego układu czy wreszcie faktyczne zaniechanie rozliczeniowych działań zapowiadanych jeszcze w kampanii wyborczej 2005 roku - to sygnały zachodzących powoli zmian.

Dziś diagnoza polityczna ośrodka, któremu przewodzi Jarosław Kaczyński, nie bierze już za punkt odniesienia postkomunizmu. Opiera się nie tylko na niechęci do liberalizmu, ale także na niechęci do elit jako takich. Nie tylko nie próbuje reanimować obozu posierpniowego - wobec akcesu znacznej części jego liderów do LiD jest to już niemożliwe - ale gotowa jest na taktyczne sojusze z ośrodkami postkomunistycznymi.

Nie oznacza to, że w Sejmie VI kadencji PiS nie wróci do antykomunistycznej retoryki, że nie złoży kilku spektakularnych projektów ustaw rozliczeniowych. Będzie w tym jednak tak samo wiarygodny, jak jednoprocentowe partie domagające się ordynacji większościowej czy walczące z przywilejami elity politycznej kierownictwo Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość będzie używało haseł i argumentów tego nurtu instrumentalnie, do wbicia klina między LiD a Platformę, do postawienia tej ostatniej w trudnym położeniu. Nie będzie to jednak oznaczać powrotu do diagnoz i idei, które legły u podstaw powstania PiS w 2001 roku.

Polityczny antykomunizm lat 90. nie wyrastał z chęci odwetu, lecz z przekonania, że nowego państwa nie zbuduje się bez poważnego określenia jego stosunku do przeszłości. Z przekonania, że wartości "demokratyczne" czy "liberalne" nie są w stanie określić tożsamości nowego ładu. Polityczny antykomunizm miał nieliczną grupkę zdeklarowanych zwolenników i całkiem sporą rzeszę sojuszników. Doraźnych, jak Lech Wałęsa, bądź stałych - jak Marian Krzaklewski czy Jarosław Kaczyński. Jednak to właśnie sojusznicy stanowili największy problem "antykomunistów". Bez nich nie byłyby możliwe jakiekolwiek praktyczne dokonania. Jednak logika prowadzonej przez owych sojuszników walki o władzę wymuszała trudne do zaakceptowania kompromisy. Polityczny antykomunizm zużywał swe ideowe zasoby właśnie wskutek dziesiątków dwuznaczności, na jakie skazana była prawica u władzy. Nie tylko ze względu na Wałęsowską politykę wspierania lewej nogi, szukania porozumienia z kadrą kierowniczą wojska i służb specjalnych. Także ze względu na fakty drobniejsze, a dotyczące każdej kolejnej niekomunistycznej ekipy. Andrzej Olechowski jako minister finansów w najbardziej antykomunistycznym rządzie III Rzeczypospolitej, szukanie przez rząd poparcia dla projektów prywatyzacyjnych w izolowanym jeszcze wówczas klubie SLD, sojusze elity AWS z oligarchami - to tylko niektóre przypadki dwuznacznych zachowań "sojuszników".

Wreszcie rozczarowania ostatniej odsłony - choćby PiS-owski "relatywizm historyczny" legitymizujący dziesiątki ludzi z dwuznaczną przeszłością. Legitymizujący niekoniecznie w imię wyższych racji, ale w znacznej mierze dla wygody - dlatego choćby, że "ludzie nieobecni" lub "źle obecni" w latach 80. są bardziej posłuszni, bo wiedzą, jak wiele zawdzięczają swym mocodawcom. PiS u władzy chętnie - choć coraz rzadziej w otwarty sposób - sięgało do argumentów politycznego antykomunizmu. Chciało mieć jego zwolenników po swojej stronie. W chwilach trudnych jego lider upatrywał przyczyn swoich porażek w pryncypialnej walce z postkomunizmem. Jednak po odzyskaniu sił - natychmiast o tej pryncypialności zapominał.

Uderzenie w niedoszłego sojusznika - Platformę Obywatelską - nie było przy tym prostą reakcją wynikającą z politycznej rywalizacji. Oznaczało zasadniczą rewizję ideowych założeń Prawa i Sprawiedliwości. Rewizję, która nie została jeszcze do końca zwerbalizowana, która skrywa się pod dość chaotyczną retoryką dziesiątków konwencji wyborczych. Rewizję, która dojrzewa poprzez kolejne starcia między Prawem i Sprawiedliwością a tą częścią elity dawnej "Solidarności", którą Jarosław Kaczyński postawił "tam, gdzie stało ZOMO". W tej bitwie sojusznikiem może się okazać nie tylko Andrzej Lepper czy Roman Giertych, ale także - jak się ostatnio okazało - Aleksander Kwaśniewski.

Polityczny antykomunizm był zatem formacją skazaną na niewygodne sojusze, niezdolną do zbudowania szerszych zasobów politycznych i, co więcej, nieświadomą przyczyn owej niezdolności. Czasami jej przyczyn upatrywano w działaniach "służb", a ponieważ dowodów na takie działania nie brakowało - uznawano je za w zasadzie wystarczające usprawiedliwienie własnej słabości. Tymczasem źródło niepowodzeń tkwiło w trzech słabościach tej formacji: życzeniowym charakterze zasadniczej diagnozy politycznej, podejrzliwości i braku skłonności do kompromisu czy współdziałania w ramach szerszego bloku antykomunistycznego oraz nadmiernie pryncypialnej retoryce politycznej.

W jakimś stopniu "polityczni antykomuniści" sami zasłużyli sobie na tak dotkliwą porażkę. Podajmy przykład - uznając za fundament swej diagnozy państwowej przekonanie o "okrągłostołowej" genezie III RP, nie dostrzegali, że po Okrągłym Stole był sierpniowy "zamach stanu" Kaczyńskiego i Wałęsy, który unicestwił logikę kompromisu z Magdalenki. Nie brali pod uwagę, że niepowodzenia w budowie nowego państwa nie miały charakteru "strukturalnego", lecz polityczny, że brały się z leniwego zaniechania, tchórzostwa, atrofii myślenia państwowego nowych elit.

Dziś do tego katalogu dodamy fundamentalną niechęć do myślenia instytucjonalnego, którą pokonywano najczęściej pod presją "przemocy strukturalnej" wywieranej z zewnątrz lub pozostającej w interesie grup nacisku wymuszających "zamykanie bądź organizowanie rynków". "Instytucjonalistyczna partyzantka" przeforsowała wprawdzie dwie gigantyczne reformy samorządowe (1990 i 1998 roku), ale poza tą sferą jej roszczenia traktowano nieufnie.

Nie widząc możliwości pozytywnego działania w nowych strukturach, polityczni antykomuniści wybrali diagnozę radykalną: nowa państwowość to "RPRL". III Rzeczpospolita stała się w ich programach niespełnionym w istocie postulatem. Zafiksowali się na postulatach "zerwania", "przełomu", "wyraźnej granicy". Gdy dochodziła do władzy prawica - starali się zorganizować presję na rzecz jednoznacznych kroków. Opanowali kluczowe pozycje w rządzie Jana Olszewskiego. Na krótko. Czasu wystarczyło im tylko na to, by na moment otworzyć archiwa i przedstawić diagnozę zasadniczych zagrożeń dla Polski.

W czasach AWS antykomuniści wywalczyli ustawę o IPN. Gdy jednak przypomnimy sobie kłopoty z powołaniem kierownictwa tej instytucji, dojdziemy do wniosku, że nawet wtedy stanowili znikomą i łatwą do "ogrania" mniejszość. Mniejszość, która nie była w stanie przypilnować porządnego doprowadzenia swego dzieła do końca. Co ciekawe, nie szukali dla siebie "etykietki" antykomunistycznej, sięgając najczęściej po hasło patriotyzmu (nacjonalizm czy konserwatyzm w rzeczy samej prowadziły do jakichś form złagodzenia stanowiska politycznego). Incydentalne wyborcze przedsięwzięcia politycznych antykomunistów (Koalicja dla Rzeczypospolitej, ROP czy Ruch Patriotyczny) kończyły się fiaskiem. Zwłaszcza że zwykle nie zapraszano do nich całego spektrum politycznego antykomunizmu, jedynie połączone jakimś chwilowym sojuszem grupki. Przykładem może być nieobecność w nich jednej ze sztandarowych postaci tego nurtu - Mariusza Kamińskiego z Ligi Republikańskiej, który do Sejmu wchodził z list AWS i PiS.

Osobną sprawą jest kwestia zasadności podstawowych haseł i diagnoz politycznego antykomunizmu. W swym rdzeniu idealizował on postawy polskiego społeczeństwa, nadawał oporowi wobec komunizmu znacznie szerszy zakres od tego, z jakim mieliśmy w PRL do czynienia. Lekceważył skalę związków z dawnym ustrojem, związków opartych na tym, co Jakub Karpiński nazywał "umową o partyjność" czy uwikłaniem w niejasne relacje ze służbą bezpieczeństwa. Nie doceniał skali podłości, tchórzostwa i oportunizmu, które reprodukowały się w postawach odrzucenia stanowiska "pryncypialnego" (symptomatyczny jest tu smutny los najbardziej wyrazistej reprezentantki tej linii w wyborach 1991 roku - Partii Wolności).

Miał też ów antykomunizm pewne złudzenia właściwe ruchom antykolonialnym lekceważącym funkcjonalność instytucjonalnego i strukturalnego dziedzictwa dawnych rządów (obejmującego m.in. administrację, wymiar sprawiedliwości, służby specjalne, korporacje zawodowe, media). Jego zdolność akomodacji do nowych warunków, a następnie do ich współkształtowania, okazała się większa, niż przewidywano. Społeczne przywiązanie do "starego" - do tytułów prasowych z RSW Prasa, do "reżimowych" związków zawodowych, do niektórych symboli PRL-owskiej "pop kultury" - okazało się barierą trudną do pokonania.

Alternatywą wobec tego przywiązania nie stała się przy tym jakaś nośna kulturowo propozycja, jedynie postawa krytycznej pretensji wobec tych postaw i ich sprawców. Nie stworzono pozytywnego uzasadnienia dla działań dekomunizacyjnych. Do rzadkości należała ciekawa koncepcja posła pierwszej kadencji Mariana Piłki, by elementem dekomunizacji uczynić "zakaz kontynuowania działalności komunistycznej". Na mocy tego zakazu komisje wyborcze mogłyby odmówić rejestracji list, na których znaczny odsetek stanowiliby działacze b. PZPR. Stanowisko takie nie pozbawiało zatem nikogo praw obywatelskich - nawet jeżeli byłby to I sekretarz KC PZPR - broniło jednak młode państwo przed zorganizowanymi działaniami starej elity władzy. Szkoda, że zostało potraktowane jedynie jako ciekawy pomysł inteligentnego parlamentarzysty.

Polityczny antykomunizm oparty był też na błędnych ocenach historii. Reprezentował jednostronną ocenę tego, czym była PRL. Ocenę dostrzegającą jedynie opresyjne i okupacyjne funkcje ówczesnej władzy i instytucji publicznych, a pomijającą wszelkie dwuznaczności tamtego ustroju. Poszukując politycznej jednoznaczności, antykomunizm tracił możliwość dostrzeżenia pozytywnych (ochronnych) funkcji niektórych instytucji państwowych funkcjonujących w tamtym porządku. Stawiając na polityczny "pryncypializm", tracił kontakt z szerszą publicznością. Tracił też podstawy samodzielności i zdawał się na ryzykowne sojusze. Kiedy wydawało się, że jest doszczętnie pokonany, uzyskał - chyba nieoczekiwane - wsparcie ze strony rzeczników antykomunizmu kulturowego, ludzi, którzy w cieniu politycznych zdarzeń budowali przestrzeń, w której funkcjonowały niepoddane cenzurze politycznej poprawności rządzących oceny przeszłości czy polemiki z "antyantykomunizmem".

Tkanka kulturowego antykomunizmu składa się dziś z licznych już publikacji książkowych i funkcjonujących w obiegu publicznym argumentów. Tworzy kontekst prac badawczych IPN i studiów nad opozycją wobec komunizmu, inspiruje stanowiska znaczących środowisk intelektualnych. Żadna porażka polityczna nie doprowadzi do zakwestionowania tego dorobku. Antykomunizm kulturowy z pewnością przetrwa każdy polityczny zwrot akcji. Co więcej, jego zwolennicy za jawny dowód swego triumfu będą mogli uznać to, że lista adwokatów komunizmu (tego "prawdziwego" i tego "realnego") jest z każdym rokiem coraz krótsza, a reprodukcja ich poglądów - znikoma, nawet na bardzo radykalnej lewicy.

Jednak w zetknięciu z życiem publicznym współczesnej Polski antykomunizm ten będzie musiał zrezygnować ze zwrotów zaczerpniętych z języka antykomunizmu politycznego. Będzie musiał wypracować nowy - wolny od nostalgicznego zawodu "przegranych" - sposób opisu postkomunistycznego dziedzictwa polskiego życia publicznego. Jego zadaniem będzie uniknięcie losu "szkoły krytyki politycznej" bezradnej wobec rzeczywistości i coraz bardziej zaciętej w swym potępieniu. Powinien zachować w pamięci doznane przez antykomunizm polityczny porażki i upokorzenia - także te ostatnie związane z korektą ustawy lustracyjnej, personalną "grubą kreską" czy doraźnym sojuszem z LiD. Nie po to jednak, by wbudować do swej refleksji antypolityczny idiom, lecz po to, by wyzwolić się z obciążających intelektualne konto złudzeń.

Rafał Matyja

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Był działaczem opozycji demokratycznej, redaktorem pism "Nurt" oraz "Debata". W latach 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego "Kwartalnika Konserwatywnego" oraz redaktora "Nowego Państwa". Opublikował (wraz Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). W "Europie" nr 181 z 22 września br. zamieściliśmy jego tekst "Ujarzmianie Sytuacji".