Miller: Mogłem już leżeć na cmentarzu
Gdyby nie jego umiejętności, wszyscy bylibyśmy dziś na cmentarzu - tak Leszek Miller bronił przed sądem pilota rządowego śmigłowca, który rozbił się przed czterema laty pod Warszawą. Były premier zaprzeczył równocześnie, by sam żądał lotu mimo złej pogody. Podpułkownikowi Markowi Miłoszowi grozi osiem lat więzienia za nieumyślne spowodowanie wypadku.
- Miller: Nie wierzę, że jest coś "po tamtej stronie"
- Miller: Szmajdziński wypłynął dzięki mnie
- Miller zbiera sieroty po PRL
- Miller zdradza, dlaczego nie lubi Kwaśniewskiego
- Dzieci i dorośli zginęli w katastrofie śmigłowca
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Były premier przekonywał, że nie naciskał na pilota, by ten leciał mimo złej pogody. "Wiele razy latałem. W sytuacji, gdy była wyraźna decyzja, że nie lecimy, nie wywierałem presji" - przekonywał w poniedziałek Miller.
Były szef rządu dodał, że Miłosz cieszył się opinią znakomitego pilota. I powiedział, że nie ma pretensji do Miłosza, choć od wypadku do dziś ma problemy z kręgosłupem.
Rządowy śmigłowiec rozbił się 4 grudnia 2003 r. pod Warszawą. Spadł, gdy wyłączyły się dwa silniki. Kilkanaście osób zostało rannych. Biegli uznali, że przyczyną katastrofy było oblodzenie silników. Miłosza prokuratura oskarżyła o spowodowanie wypadku - pilot miał nie włączyć specjalnej instalacji przeciwoblodzeniowej.





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!