Żołnierze: Zrobiono z nas bandytów
"Zrobiono z nas bandytów. Boimy się, że w każdej chwili przyjdą także po nas. Przecież też tam byliśmy" - mówią "Gazecie Wyborczej" służący w Afganistanie żołnierze Delty - polskiego plutonu, który ostrzelał wioskę Nangar Khel. Szóstce ich kolegów i przełożonemu postawiono zarzut zbrodni wojennej.
- Zatrzymanie i areszt żołnierzy zgodne z prawem
- Mieszkańcy Nangar Khel: W wiosce nie było talibów
- Wywiad USA: Mieszkańcy Nangar Khel pomagali talibom
- Prokuratorzy pojadą do Nangar Khel
- Za bunt usłyszeli, że są tchórzami i gnojami
- Klich: Z Iraku wyjdziemy w 2008 roku
- Pięciu żołnierzy z Afganistanu zostanie w areszcie
- Prokuratura ominęła dowódców oskarżonych żołnierzy
- Giertych obroni oskarżonych z Afganistanu?
- Poddał się desperat, który groził samospaleniem
- PO chce rozliczyć Szczygłę za Afganistan
- Armia nie pomoże oskarżonym żołnierzom
- Prałat wyśle różańce oskarżonym żołnierzom
- Oskarżeni żołnierze wrabiają swojego dowódcę?
- Będzie wizja lokalna w Afganistanie
- Był rozkaz przerwania masakry w Nangar Khel
- Amerykański pułkownik obroni naszych żołnierzy z Afganistanu?
- Generał żąda wypuszczenia żołnierzy
- Szczygło: Możemy opuścić Irak 31 grudnia
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Zarzut - umyślne zabicie sześciu cywilów. Zbrodnia wojenna. Oskarżeni żołnierze pochodzą z jednostki w Bielsku-Białej. Dwóch oficerów, dwóch podoficerów i trzech starszych szeregowych może spędzić resztę życia za kratkami.
Dowody winy prokuratura utajniła. Ale nie ma monopolu na prawdę - dziennikarze "Gazety Wyborczej" w zupełnej tajemnicy spotkali się z żołnierzami Delty, którzy wciąż służą w polskiej bazie Wazi-Kwa. I usłyszeli ich wersję wydarzeń.
Koledzy siedmiu aresztowanych wojskowych przyznają, że doszło do mataczenia w sprawie. Zaprzeczają jednak, by żołnierze świadomie strzelali do ludności cywilnej.
"Dostaliśmy rozkaz ochraniać dwa patrole z uszkodzonymi wozami, które wcześniej wjechały na miny" - opowiadają "Gazecie". "Zostajecie tam na noc, na miejscu trzeba urządzić demonstrację siły. Pojedzie moździerz, ma ostrzelać punkty obserwacyjne talibów" - wydał rozkaz dowódca.
"Tak się robi zawsze, to rutynowa czynność. I u nas, i u Amerykanów" - tłumaczą koledzy siedmiu oskarżonych z plutonu. "Żeby ich stamtąd wykurzyć, żeby nie obserwowali obozowiska i nie mogli zaplanować kolejnego ataku" - dodają.
Problem w tym, że punkt obserwacyjny talibów był ledwie kilometr za wioską. Zdaniem zwierzających się "Gazecie Wyborczej" żołnierzy, kilkanaście pocisków trafiło w cel. Jednak ostatnia seria - cztery strzały - padła na osadę.
"Może ktoś nie sprawdził parametrów strzału, może założył zły ładunek miotający, może ten ładunek był uszkodzony?" - rozważają wojskowi. Zapewniają zarazem, że
po tej serii ogień natychmiast wstrzymano.
Dlaczego kłamali? "Chłopaki bali się, że ich z wojska wyrzucą albo wcześniej odeślą z misji. Ale przecież nikt specjalnie do tej wioski nie strzelał. Ktoś podrzucił pomysł, że
z wioski szedł ostrzał, dlatego musieliśmy odpowiedzieć ogniem" - odpowiadają.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!